Jan Barszczewski

Szlachcic Zawalnia, czyli Białoruś w fantastycznych opowiadaniach 1846

Jan Barszczewski (ur. 1794 (data wątpliwa), zm. 12 marca 1851 roku) - polski i białoruski pisarz, poeta, wydawca. Pisał po polsku i białorusku.
Urodził się powiecie
połockim, w rodzinie greko-katolickiego kapłana szlacheckiego pochodzenia. Uczył się w połockim kolegium jezuickim. Pierwszy znany biografom utwór napisał po polsku, lecz kolejne pisał także po białorusku.
W latach 20. i 30.
XIX wieku utrzymywał się z prywatnego nauczania. Potem dużo podróżował, zmieniał miejsca zamieszkania. Bywał w Petersburgu, ale i na zachodzie Europy. W trakcie podróży zaznajomił się z Adamem Mickiewiczem i Tarasem Szewczenką. Od około połowy lat 40. zamieszkał w Cudnowie, na zaproszenie tamtejszej elity polskiej. Zamieszkał w majątku Rzewuskich. W końcu lat 40. zachorował na suchoty. Zmarł po długiej, kilkuletniej chorobie. Pochowany został w Cudnowie.
Pisał wiersze i opowiadania. Jego główne dzieło to Szlachcic Zawalnia, czyli Białoruś w fantastycznych opowiadaniach, wydane w
1846 roku w języku polskim i dopiero w 1990 roku (sic!) w języku białoruskim. W swoich utworach poruszał chętnie tematy folklorystyczne oraz romantyczno-wzniosłego poczucia miłości do Ojczyzny.
Źródło: "
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Barszczewski"

niedziela, 30 września 2007

POWIEŚĆ CZWARTA. WILKOŁAK.

- Nie wszystko nam w życiu zdarza się widzieć, lecz opowiem to, co słyszałem od mojego sąsiada o nieszczęśliwym człowieku, którego czarownik zamienił w wilka, i on wiele lat cierpiał błąkając się po lasach.
W okolicach pewnych, niedaleko miasta Newla, żył włościanin ; znali go sąsiedzi i inni go pamiętają, nazywał się Marka; dziwne było jego życie; nigdy niewidziano wesołego, zawsze się smucił, był niespokojny jakby cóś utracił; towarzystwo wszelkie było mu przykre. Gdy ludzie idą na kiermasz pohulać, polańcować, lub się zbiorą na igrzyska do karczmy w dni wolne od pracy, on zawsze samotny w domic, lub gdziekolwiek błąka się po polu nudny i zamyślony.
Niektórzy pytali się u niego o przyczynę; on zawsze odpowiadał: wiele cierpiałem, nic mi już na świecie nie zajmuje; umarłem dla świata.
Sąsiad mój, był z nim w ścisłej przyjaźni, i on jemu tak razu pewnego opowiedział swoje życie:
- Były czasy kiedy i ja bywałem wesoły; żadna zabawa, żaden kiermasz nie obszedł się bezemnie; śmiéchy i tańce były mi w głowie; lecz to nie długo trwało. Poznałem Alonę. Piękna to była dziewczyna i córka bogatych rodziców, ona mi się podobała więcej od wszystkich dziewic które znałem; starałem się ją częściej Avidywać, bywać w domu jej rodziców, okazując dla niéj w każdém zdarzeniu moje przywiązanie; znalazłem wzajemność i to było przyczyną mego nieszczęścia.
Alona miała wiele starających się o jéj rękę, między któremi Jlla, nad wszystkiemi miał przewagę; szpiegował i donosił o wszystkiem Panu, za co miał łaskę, jemu Pan we wszystkiem Avigcej pozwalał niż innym; o każdéj porze miał prawo łowić ryby w jeziorach pańskich, tanno nabywał bydło i z korzyścią innym przedawał; często był posyłany do miasta zakupować rozmaite sprawunki dla dworu; przy każdém podobném poruczeniu zawsze cokolwiek odłożył do swojej kieszeni; a tak oszukując w handlu i okradając Pana, zrobił się bogatym; miał wiele przyjaciół i łaskę we dworze, gdyż Pan uważał go za najwierniejszego sługę, lubił i wierzył mu więcej niż innym.
W tem więc zaufany, posyła swata do Alony, lecz swatowie powrócili zniczém; gdyż ona przed rodzicami wyznała, że nie chce iść za mąż za niego.
cam zgromadzenie i nie wiem gdzie się udać, biegę drogą, spotykam kobietę; ta prowadząc maleńkie dziécię za rękę krzyczy do mnie: ach, nie patrz na dziecię moje, zabijesz go strasznem twojem spójrzeniem! uciekam od przelęknionej kobiety i biegę do domu; ledwo się zbliżyłem do mojej chaty, pies mój nie poznał mig; na próżno chcę go uspokoić, głosu mego dobywając, bom już słowa powiedzieć nie mógł; jęk tylko podobny do wycia dobywał się z piersi mojej; trwoga na mnie napadła okropna; parobek mego sąsiada poglądając na mnie z zadziwieniem, co to znaczy, rzecze, twoja twarz i ręce obrosły sierścią," gdy spojrzałem na siebie, nieprzytomny porzucam dom mój i biegę w polę; bydło na paszy chodzące ucieka ode mnie, psy się rzucają, ja prędzéj skrywam się do lasu.
Przebiegam bory i dzikie pustynie, padam pod cieniem gęstych jedlin; tam gdy spojrzałem na siebie, postrzegłem, ręce i nogi moje już przemienione w wilcze łapy; chciałem zapłakać nad mojém nieszczęściem, i straszne wycie wydobyło się z piersi moich.
Błąkam się po górach i lasach w postaci strasznego żwierza. Myśli i uczucia we mnie zostały ludzkie, pamiętałem przeszłość, i zastanawiając się nad swoim stanem, męczyłem siebie okropną rozpaczą, nie wiedząc czy będzie kiedy koniec temu nieszczęściu; po krzakach szukałem gniazd ptasich; napadałem na zające i inne słabe żwierzęta; to było mojém pożywieniem; nie zbliżałem się do domów ludzkich, a choć wiedziałem, że wszyscy ludzi są. niemi nieprzyjaciołmi i przy każdem zdarzeniu, radzi będą życie mi odebrać, nie chciałem jednak im szkodzić.
Nie raz w dni niedzielne głos dzwonów kościelnych słyszałem z poblizkich lasów i wyciem błagałem Boga, aby się zlitował nad moim losem; wśród ciemnej nocy wiele razy chciałem przybliżyć się do kościoła, lecz psy, wypadając ze wsi, ścigały mię, a niekiedy słyszałem krzyk ludzi i wystrzały; wówczas co prędzej biegłem do lasu, aby skryć się od niebezpieczeństwa; każdy ranek wyjąc witałem wschód słońca, prosząc nieba o dzienny dla mnie posiłek.
Jesienną porą, w zimowe nocy, od dżdżów ulewy kryłem się drżący gdziekolwiek pod gęstą jedliną; szum wiatrów pogrążał mig w smutne wspomnienia przeszłości; podczas zimy nieraz, kilka dni byłem bez jedzenia; wycieńczony głodem, wytrzymując najokropniejsze mrozy, błąkałem się po polu, aby znaleść jakiegokolwiek pokarmu; spoczynek mój zawsze był krótki, i we śnie ciągle mi marzyła się przeszłość, dom rodzicielski, towarzysze młodości, i sąsiedzi, z któremi żyłem w przyjaźni; te przeszłe czasy, kiedy pierwszą miłość poczułem do Alony; zabawy, rozmowy niegdyś nasze, jej spójrzenia wesołe, jej wysoka, postać w bogatym ubiorze, z kwiatami na głowie, jawiała mi się we śnie, jakby na jawie; niekiedy widziałem ją niespokojną; uciekała odemnie, albo z okropną trwogą precz mię od siebie pędziła, jak niegdyś podczas wesela, gdy mig z namowy Arciom, napoił zaczarowaną wódką; i po tak okropnem marzeniu, ja się porywałem ze snu cały drżący, i już lat kilka przeżyłem w tym smutnym stanie.
Nienawiść moja zaczęła rość ku ludziom, gdy rozważałem ich obłudę, niesprawiedliwość i nieżyczliwość dla równych sobie; zrobiłem postanowienie szkodzić im we wszystkiem, jak oni szkodzą jeden drugiemu przy każdem zdarzeniu, aby tylko dla siebie korzyść wyciągnąć; a więc napadałem na ich bydło i domowe ptastwo, gdy tylko można było, niszczyłem do szczętu.
Jednego razu, pamiętam jak teraz, była to wiosna, las się zielenił, dni jasne i ciepłe; ja brzegiem lasów skradałem się blizko wsi, w której żył Arciom; postrzegłem, na wzgórku chodzili pastusi około bydła; Arciom orał pole, niedaleko krzaków młoda dziewczyna stała przy gęsiach, on ją woła do siebie nazywajęc Hanką; posłał do chaty, dziewczyna prędko powróciła i znowu tam stała przy gęsiach.
Poznałem zaraz, że to jego córka; gdy z gęstwiny poglądałem na nią i na ojca, zapalił się we mnie gniew zemsty. Arciom niegodziwy człowiek, doprowadził mig do tego stanu, ze w postaci strasznego wilka, nieznośne prowadzę, życie; niechże i on jęczy nad stratą swojego dziecięcia. Wypadam z lasu, porywam dziewczynę; na krzyk córki, bieży wrospaczy ojciec wołając o pomoc; słyszę hałas pastuchów, psy na mnie napadły, zębami zraniły mię do krwi; lecz nic mig nie mogło strzymać; skryłem się prędko w borze; unosiłem moją zdobycz coraz dalej i dalej w pustynię lasów; i tam, skąd już nie mogła powrócić do domu, rzucam ją; ona długo leżała bez pamięci, lecz gdy przyszła do siebie, wołała rozpaczliwym głosem, błąkając się po lesie. Głos jej. i płacz, ginął bez skutku wśród gęstych sosen i jodeł, a ja ciesząc się z mej zemsty, rzuciłem ją w głuchej pustyni.
Oddaliłem się z tego miejsca, gdzie się błąkała ta nieszczęśliwa ofiara méj złości; lecz nie długo cieszyła mnie ta zemsta; gdy minął zapał gniewu, przyszło mi na myśl, że Hanka biedne dziecię, bez winy cierpiało; chciałem powrócić do niej, lecz nigdzie znaleść nie mogłem; głucho było w lesie i głos jéj już nie odzywał się.
Napadł na mnie nieznośny smutek; poznałem, że zemsta nie może zaspokoić cierpienia; gdziebym się nie obrócił, wszędzie mig prześladuje rozpacz ojca, lament błąkającej się córki, i psy, które mig goniąc, raniły do krwi zębami; - zdawało się, że one wszędzie na mnie napadają; biegłem z jednego lasu do drugiego, nigdzie spokojności znaleść nie mogłem; sen uciekł ode mnie; bo i podczas spoczynku, ciągle się odzywał w mej myśli, głos rozpaczliwy ojca, lament córki, i psy szarpały ciało moje.
Dnia jednego postrzegłem kilku włościan, niegdyś mi znajomych; ukryci od południowego gorąca, siedzieli w cieniu drzew, a blizko chodziły konie wyprzężone z wozów; przybliżam się do nich, ukryty za krzakiem, słucham o czem rozprawiają między sobą, i słyszę jak jeden z nich tak mówił o mnie: Gdzie się teraz Marka błąka po lasach w postaci wilka? szkoda tego człowieka, już lat kilka mija od jego nieszczęścia; o gdyby jak on trafił do czarownicy Aksini, powiadają, że ta, łatwo przemienia ludzi w źwierząt i znów przywraca ich do piérwszego stanu; nie wiem gdzie ona żyje, słyszałem jednak, ze nie daleko od tych gór i lasów.
Pocieczyła mig ta wiadomość; postanowiłem zwiedzić wszystkie lasy i góry tych stron, aby wynaleść mieszkanie Aksini; - kilka nocy i kilka dni bez odpoczynku, zwiedzałem dzikie bory, i zwierzchołka gór wysokich opatrywałem miejsca odludne, sądząc, ze tam się ukrywa jéj mieszkanie samotne.
Wybiegam z lasu na dolinę; ranek był jasny i cichy; widzę, kotka na trawie, szyje i łapki białe; grzbietek w paski światło i ciemno popielate, oczki bystre; w prędkim podskoku łapkami łowiła motyle po kwiatach. Z zakrzaku długo patrzałem na jej wesołe podskoki i igraszki; wreście przyszła mi chęć ja schwytać, rzucam się... lecz jakby wiatr lekko skoczyła od krzaków; bieży na wzgórek, dopędzam ją - i już, już chciałem porwać, aż oto obraca się w srokę i leci po nad ziemią; - pędząc się dalej obaczyłem domek samotny; sroka usiadła na dachu i znów przemieniła się w kotkę; i widzę, pełno wszędzie kotek rozmaitego koloru;- kotki na dachu, kotki na oknach, kotki po podworzu, wszędzie kotki.
Ztąd wniosłem, że tu mieszkanie czarownicy Aksini, myśliłem, długo stojąc, czy iść do niej! ona mnie nieprzyjmie w postaci wilka, trzeba aby się spotkać z nią gziekolwiek na przechadzce, i z pokornem uniżeniem się do nog błagać o jej litość nad moim losem; skryłem się między gęstym chruśniakiem, i czekałem téj szczęśliwéj pory.
Słońce skryło się za lasy i góry; już brzegi borów gęstych pokrył zmrok wieczorny, blizko na jeziorze jeszcze świeciły się wody otoczone gęstą łozą; widzę wszystkie kotki, z domu, z dachu, z podwórza, tłumnie biega na łąkę, zrywają zębami jakąś trawę, i wnet przemieniły się w dziewczyny; rozsypują się pomiędzy krzaki, śpiewają pieśni, tańcują, inne zrywają kwiaty i plotą wianki; biegę i ja, na ich łąkę; poznałem trawkę; drobniutki błękitny miała kwiatek; jak tylko ją zerwałem i połknąłem, wnet widzę siebie w postaci człowieka; w niepojętéj radości mieszam się w tłumie wietrznych Rusałek; biegam z nimi, tańcuję, weselę się, zupełnie zapomniałem o swojém nieszczęściu.
To igrzysko i radość trwała do późna; umilkły wszystkie ptaki w lesie, krzyk tylko odzywał się puszczyków; przeleciała sowa, siedząc na dachu mieszkania czarownicy, i świécąc oczyma, chichotała i lamentowała kwileniem dziecięcia. W tem nagle zaszumiał las, i wody w jeziorze uderzyły w brzegi *), Rusałki zakrzyczały: „północ! północ!" i wnet wszystkie przemieniły się w kotki, biegły na podwórzec Aksini, inne drapały się na dach, inne zaś przez okno skryły się do chaty, i ja znowu w postaci wilka, wbiegłem do lasu, położyłem się pod gęstą jedliną, rozmyślając o tém zdarzeniu, i żałując, że przemienienie w postać ludzką trwało niedługo; postanowiłem tu zostać i choć na czas krótki, zapomnieć o swem nieszczęściu.
Na drugi dzień czekałem wieczora, i takim ze samym sposobem, kotki przemianiły się w dziewcząt, a ja w człowieka; bawiłem się z nimi, czas wesoło upływał, w tem jedna z koła zaczarowanych dziewic, patrzając na mnie z jakaś pogarda, „ja jego nie lubię," rzekła.
- Dla czego nie lubisz? pytam się, zbliżając się do niej.
- Dla tego, że widziałem, jak się przemieniasz w wilka, a ja wilków nie nawidzę, bo wilk przyczyna mego teraźniejszego nieszczęcia.
- Jakim to sposobem? pytam się u niej.
- Gdym będąc jeszcze przy rodzicach moich, pasła gęsi w polu, wilk mig schwycił i zaniosł w pustynię dalekich lasów, rzucił mig tam i sam skrył się; płacząc i wołając błąkałam się po borze, nie wiedząc w która iść stronę; w tem na mój glos płaczliwy, przyleciała Aksini w postaci czarnego ptaka, zmieniła się w kobietę, i biorąc mig za rękę, rzekła: „nie wyjdziesz z tej pustyni, napadną na ciebie dzikie żwierzęta i rozszarpią; chodź lepiej do mego domu, u mnie żyć wesoło, co wieczór tańce i pieśni, tyś młoda dziewczyna, wszak lubisz tańcować?
Niechciałem z początku ją słuchać, lecz pomyśliwszy, że w tych pustych lasach, nikt mi nie da pomocy, zezwoliłem nareszcie na jej naleganie; nie rozumiem, jakim czarodziejskim sposobem, wnet byłem przeniesioną do mieszkania tej czarownicy. O przeklęty wilkołaku, czemuż ty mig raczej nie rozszarpał w lesie! wolałabym umrzeć niż być żwierzęciem dzień cały, a na chwile tylko zapominać cierpień.
Słysząc narzekania Hanki, zadrżałem cały; wnet przemieniłem się w wilka, odezwała się w pamięci rospacz ojca, lament nieszczęsnej dziewczyny, i psy zaczęły szarpać ciało moje; rzucam się do lasu, biegam noc całą bez odpoczynku, nigdzie się skryć nie mogę od okropnego wspomnienia i prześladowania tych psów straszliwych.
Okropne prowadzę życie; nigdzie nie znajduję schronienia, biegam w rozpaczy po górach i lasach; straciłem już i nadzieję, że kiedykolwiek uspokoję choć na chwilę moje cierpienia.
Błąkając się tak bez odpoczynku, mijałem pole, gdzie rolnicy przy drodze jedli obiad pod cieniem brzozy, i widzę, jedzie drogą ksiądz, zbliża się do swoich parawanów, wszczęła się długa rozmowa o rozmaitych religijnych przedmiotach: ksiądz ich nauczał, aby żyli z sobą w zgodzie i przyjaźni, darowali jeden drugiemu urazy i niemyślili nigdy o zemście, gdyż zemsta najwięcej przeciwna religii i nie miła Bogu, poniża człowieka do stanu zwierząt, a dobroczynność i łagodność błaga miłosierdzie Pana.
Skryty w gęstych krzakach słyszałem wszystkie słowa księdza, i wnet zrobiłem postanowienie, nie tylko nie szkodzić ludziom, lecz owszem starać się im słyżyć i pomagać w czem tylko będę mógł, a może i nade mną Bóg się zlituje, wszakci mam duszę nieśmiertelną. W tych myślach zostawiłem księdza i oraczów.
mnóstwo podróżnych jadących i idących pieszo; wstępujem na pagórek, gdzie była mogiła; na niej stał krzyż drewniany, blizko stérczała wbita do ziemi łopata. Olbrzym, kazał mi odkopać mogiłę, i dostać ztamtąd trupa! Przejęty strachem, spełniam wszystkie rozkazy nieznajomego towarzysza, wygrzebałem z piasku ogromny kościotrup; to będzie twoim ciałem," rzekł olbrzym do mnie; „musisz płakać w nim nim powołają cię do nowego życia".. Drżałem cały z przelęknienia; prosiłem aby mię uwolnił, lecz olbrzym trącił z wielka siłą, i ja wpadłem w ogromne piersi kościotrupa, a z nim razem do jamy; pasując się ze śmiercią obudziłem się ze snu.
Widzę, że jestem w ludzkiéj postaci"; odzienie też same, które włożyłem niegdyś na siebie, idąc na Avesele Alony; nic wierzyłem, że to było na jawie; obawiałem się poruszyć z miejsca, aby nie znikło tak słodkie marzenia. Zostając długo w zdumieniu, podniosłem oczy ku niebu, i dziękowałem Bogu za cud wybawienia z okropnego stanu.
Wstałem z miejsca mego spoczynku z niepojętą radością; zdawało mi się, że wszystkie drzewa i ptaki, winszowały mi nowego życia; o jak słodko doświadczać miłosierdzia bozkiego; okropny los człowieka porównać się ze źwierzętami.
Gdy tak opowiadał Jakusz, kogut już drugi raz zaśpiewał. P. Mrohowski dostał z kieszeni staroświecki zegarek, który miał figurę spłaszczonej kuli; patrzając na skazówkę: - Oho! rzekł, przebiła piérwsza po północy; a cóż Panie gospodarzu czy nie będzie już czas do spoczynku ? awantur rozmaitych Jakusza, nie podobno wysłuchać; on ma ich w zapasie choć na miesiąc cały; a do tego jeszcze lubi gadać, i on gotów nie spać do samego świtu.
- Bardzo dziękuję Panu Assesorowi, że zrobił mi tg przyjemność; powiem Panu szczerze, że takie powieści nigdy mig nie nudzą; a jeszcze do tego, kto ich, umie dobrze opowiedzieć. Jakusz musi być człowiek bardzo roztropny- i jaką ma pamięć nadzwyczajną; żadnego wypadku w życiu tego nieszczęśliwego Marki nie opuścił. Ależ Pan Assesor jutro ode mnie rano nie wyjedzie; wszak Pan słyszysz jak. jeszcze wiatry wyją za ścianą, a któż wie, i do jutra może potrwa taka burza.
- W dzień burza nie straszna, jakkolwiek można będzie znaleść drogę; dobrej nocy panie gospodarzu.
Jakusz poszedł do czeladnej izby, Pan Mrohowski udał się do pościeli, która już dawno dla niego była przygotowaną. Ja, powiedziawszy dobranoc stryjowi i gościowi, poszedłem do drugiego pokoiku na nocleg; zgaszono ogień; wszędzie cicho; tylko wiatry wyły za ścianą, i świerszcz odzywał się w piecu.....

KONIEC
TOMIKU PIERWSZEGO.

WSPOMNIENIA Z ODWIEDZIN STRON RODZINNYCH.

Przeszło dni kilka, błąkając się myśliłem sobie - co ja mogę dobrego zrobić, będąc w tak wzgardzonej wilczej postaci , ledwo się zbliżę do mieszkania ludzkiego, wszyscy krzyczą na mnie, i psami szczwają, że muszę co prędzej uciekać w lasy.
Jednakże nie zaniedbałem przedsięwzięcia swego, ile to razy odpędziłem lisów skradających się pod gęsi lub indyków, które bezpiecznie zostawione, były w polu, gdy postrzegłem blizko bydła niedźwiedzia, wymknąłem się pierwszy z lasu odpędzić stado od niebezpiecznego miejsca, i przesrzedz pastuchów; nieraz od wilka odebrałem barana, którego on porwał od trzody jakiejkolwiek biednej wdowy; takie prowadząc życie uspokoiłem cokolwiek myśli swoje, mogłem już zasnąć, choć nie wiele; podczas snu miłe marzenia przypominały mi przeszłość kiedym był niegdyś człowiekiem.
Było to w sierpniu*, podczas jasnéj pogody; błąkałem się w okolicach mojej rodziny, w tym czasie kiedy żniwa na polu dojrzały; z bliskiej kniei widzę Alonę; ona żęła na swojej niwie, a u brzegu niwy lezący na snopie spał malenki chłopczyk; patrzałem z przyjemnością na te scenę, cieczyłem się, że Alona jest szczęśliwa, żyje spokojnie w swojej rodzinie, Bóg błogosławił ich gospodarstwo, obfity urodzaj żyta pokrywał ich pole; gdy się bawiłem tym widokiem, wilk wypada z drugiéj strony lasu, porywa chłopczyka; na krzyk dziecięcia, rzuca się matka, „ratujcie, dziecko moje! woła, i wnet zemdlała; ja dopędziłem wilka, odebrałem dziécię niezranione, odniosłem do matki; na ratunek przybiegli sąsiedzi, patrzali na to z podziwieniem, a ja uciekłem do lasu.
Jakiegoś przyjemnego uczucia i nadzwyczajnej spokojności doświadczyłem po tem zdarzeniu; położyłem się pod drzewem, i w słodkiem marzeniu zasnąłem. Widziałem we śnie, że byłem człowiekiem, w wieku samej kwitnącej młodości, i tak mi było lekko, ze jak ptak latając przenosiłem się z jednego miejsca na drugie; widzę przed sobą ogród, tak piękny, ze podobnego w życiu nigdy niewidziałem; gaje pełne śpiewających ptaków, a na nich piórka piękniejsze i żywsze miały kolory niż nasze wiosenne kwiaty; jasne wody w strumieniach snuły się tam i ówdzie; drzewa niektóre były pokryte wonnym kwiatem, na innych zaś dojrzewały owoce; postrzegłem na wzgórku ogromne kielichy lilij, nadzwyczajnej wielkości, słodki wydawały zapach, gdy tylko co chciałem zerwać kilka kwiatków, jawi się przede mną Hanka; na niej suknia tak biała jak lilije, i mówi do mnie: „nie zrywaj moich kwiatów; ja sadziłem te lilije, na moim grobie, polewałam łzami mojemi; rzekłszy znikła. Z ogrodu, przeniosłem się znów do jekiejś dzikiej pustyni; błąkam się pośród stoletnich sosen, ledwo znalazłem ścieżkę, która mig wyprowadziła do jakiejś ogromnej góry; chcę wstąpić na wierzchołek, opatrzyć okolice, ztamtąd chciałem widzieć wieś, w której stał domek, niegdyś mieszkanie moich rodziców, zewszech stron góry, przepaści, niepozwalały mi się zbliżyć; tu spotykam jakiegoś Olbrzyma; on mig bierze za rękę, każe iść za sobą, wyprowadza z lasu na jakieś ogromne pole, gdzie się krzyżowały rozmaite drogi, i WSPOMNIENIA
Z ODWIEDZIN STRON RODZINNYCH.

Ziemia, gdzie człowiek przeżył kwitnącą swoją młodość, gdzie w śród rozmów i zabaw spotykał prawdziwą szczerość i otwartość duszy w życzliwych, dobrych przyjaciołach, nauczycielach i młodych towarzyszach, ta ziemia żyjącemu w obcych stronach zawsze się maluje w pamięci, w najpiękniejszych kolorach, i tam zda się, jeszcze nie minął ten wiek złoty, w którym człowiek nie rozumiał co jest niedola i cierpienie; tam rzeki płyną mlékiem i miodem; któż ze stron dalekich nie wzdycha do swych rodzinnych okolic? Tam chęci nasze i myśli żyją; tam chciałbym napowrót na skrzydłach ulecieć!...
Niegdyś i ja spieszyłem z północy na brzegi Dzwiny, widzieć te okolice, które się rysowały zawsze głęboko w mojéj duszy; ledwo się zbliżyłem ku tym stronom, zdawało mi się, że dęby i sosny kłaniały się witając dawno znajomego gościa; góry i jeziora świecąc się z daleka, przypominały mi różne pamiątki przeszłości; oto i rzeka Dryssa szumi bystrym biegiem i ucieka do Dzwiny przez gęste lasy i piasczyste bory: wiele mi ona przypomina; na tym brzegu było zgliszcze, dziś już trawa zarosłe; czas zniszczył na ziemi tg pamiątkę, lecz ona została w mej duszy, ona mi wspomina ten rok, kiedy mieszkance tych stron kryli się w lasach przed burzą pamiętnej wojny Napoleona.
Wieczór był pogodny; na zachodzie rumieniły się obłoki; na piasczystym brzegu Dryssy gotowano wieczerzę; paliły się suche drwa sosnowe; w spokojnej wodzie odbijał się płomień; znajomi i sąsiedzi zebrani w około, siedzieli przy ogniu; rozmawiali o wstąpieniu francuzkiego wojska do Połocka, o rozmaitych potyczkach tam i ówdzie po Białej-Rusi; pociecha, smutek i nadzieja, odzywały się w ich rozmowach; mnie tymczasem zajmowała na jasnej wodzie podskakująca srebrna rybka, krzyki ptastwa po borze i wiewiórka co wbiegłszy na drzewo przeskakując z gałęzi na gałąż, wabiła mig do gęstwiny lasów. Gdy się pędzę za tym zwierzątkiem, nagle jakby się grzmot odezwał daleko za borem, i to grzmienie tam gdzie się rumienił zachód słońca, odzywało się bez przerwy, jakby pod ziemią; zdziwiony, biegę do gromady, pytam się co to znaczy? pewnie nasuwa się burza; mój ojciec przerwał milczenie mówięc: ta burza w Klassicach *), na Petersburskiéj drodze, z dalekich stron tu przybyła siejąc ołowianym gradem; na próżno dąży na północ, tam silne wiatry i mrozy ją spotkają. Na wszystkich twarzach widna była trwoga; lękliwe kobiety ze łzami odmawiały pacierze; im się roiło, że tam każdy wystrzał kilkadziesiąt ludzi na tamten swiat posyła. Drżały jakby przed strasznym sądem i noc ta cała bezsenna, przeszła na rozmowach. Starzy wspominali przeszłość, zgadywali przyszłość; jakaś nadzieja snuła się w ich myślach; ja chciałbym na skrzydłach tam lecieć, aby widzieć ten teatr wojny i śmiałych wojowników.
Lecz oto niedaleko te cudowne obrazy, zarosłych gór i dolin, po których woda w srebrnych strumieniach, jak lustro świeci się przed słońcem. Ottonie! ty teraz daelko w obcych stronach, czy wspominasz kiedy o tych wdziękach ojczystej ziemi, czy przychodzą tobie na myśl nasze tu niegdyś przechadzki, marzenia, rozmowy? tu zachwyceni pięknością natury, upatrywaliśmy na każdem miejscu bóstwa dawnych Rzymian i Greków; tu była dla nas nowa Arkadija. Przy tych ruczajach wodną liliją Najady ubierały swe skronie, pląsały po łąkach Nimfy i kozio-nogie Satyry błąkały się w gęstwinach. O szczęśliwa wyobrażni kwitnącej młodości, dla niej ziemia jest rajem, wszędzie cuda. Obraz dawnej Grecji i cała starożytność odrodziła się w naszych marzeniach i rozmowach. Pamiętasz, ta góra była Olympem, mieszkaniem Muz i Apolina; te przestrzeń ozdobną kwiatami nazwaliśmy Tempejską doliną; tam Termopile, gdzie Leonidas, Król Sparty, poległ z małą garstką walcząc z ogromnem wojskiem Persów.; do tego zakątku ziemi chcieliśmy przenieść wszystkie ozdoby kuli ziemskiej.
Czy pamiętasz ten dziwny zachód słońca, który widzieliśmy niegdyś zwiedzając owe okolice; jak wspaniały i zachwycający był obraz nieba! pasma gęstych chmur rozciągały się po horyzoncie, i ich brzegi rozpalone pałały rubinowym ogniem; z obłoku lały się czerwone światło słońca nakształt wodospadu i jakby z obrazu złote promienie oddzielone cieniami strzelały w górę; gdy nas zajmował ten piękny widok, chmury się corazwięcej zgęszczały i znikło światło ; ogień błyskawicy przebiegł po obłoku i echo grzmotu na zachodzie powtarzało się bez przerwy; pasterz patrzając na niebo, powiedział: „to będzie Noc Rabinowa"- i ze stadem swojem pospieszał do wsi, - i my skryliśmy się przed burzą do domu, który się tam sławił dobrocią i uprzejmością gospodarza.
O jak wiele ta noc Rabinowa naprowadza strachu na mieszkańców Białoruskich! w ten czas, kiedy w polu dojrzewa praca oracza, ona jakby najokropniejszy nieprzyjaciel grozi zniszczeniem całej ich nadziei; spotyka ja rolnik wznosząc oczy do nieba z modlitwą na ustach i z odgłosem kościelnych dzwonów.
Trwoga w domu naszego gospodarza; kotek i psów wypędzają, gdyż zły duch wedle mniemania tamecznych mieszkańców, chowa się zwyczajnie w ciała tych zwierząt, uciekając przed gromem; rzucają na węgle święcone zioła i za każdym przelotem błyskawicy, powtarzają modlitwy ze drzeniem serca.
Zmrok nocy. cienie chmur zaćmiło niebo i ziemie; pioruny jak ogniste węże snuły się jeden po drugim śród czarnych fal obłoków; grzmoty potrząsały budowę, deszcz z gradem bił w okna, wichry wyły za ściana, północ przeszła, nikomu sen nie przychodził na myśl, cała rodzina zebrana w koło, posyłała modlitwy do nieba; Alina siała przy matce, twarz jéj była podobna białéj lilji, z nadzieja i spokojnością duszy, jak anioł-pocieszyciel, wspominała rodzicom o woli i miłosierdziu Boga.
Ottonie! pamiętasz tę noc; ty w ten czas niesłyszałeś ni wycia wichrów, ni wystrzałów gromu; twoje oczy i myśli zajęte były Aliną; w duszy świeciła najjaśniejsza pogoda, bo promień oczu Aliny spotykał twoje spójrzenia i wkradał się do serca; noc ta dla ciebie była przyjemnem marzeniem; teraz daleki od rodzinnéj ziemi, czy jeszcze spotykasz kiedy te piękne oczy w smutnem dumaniu lub we śnie? Lecz ach! czas wszystko rujnuje!
Kilka gwiazd ukazało się na niebie; wiatry na lasy i góry unosiły szczątki chmur; ranna jutrzenka rumieniła niebo; weszło słońce; widać pozrywane dachy niektórych domów; na polu kłosy pełne wody upadły na ziemię, łąki pokryte piaskiem, który strumienie niosły z gór, wysokie sosny i wiązy leżą na ziemi, jakby Greków bohatery po sławnej bitwie przy Termopilach; wszędzie straszne ślady zostawiła burza.
Spotykam dąb stoletni; on wytrwał, zwyciężył niepogody i wichry, nocy rabinowe niepokonały starego bohatera! jeszcze rozpostrzenia zielone konary, zapraszając pielgrzyma na odpoczynek pod cień swój chłodny; on jest świadkiem dawnej przeszłości, znał pradziadów, i prawnuków zasłania od słonecznych upałów w gorące lato.
Tu w dni świąteczne zbierają się wieśniacy z całej okolicy; widziałem ich zabawy; wynoszą stoły z domów, gdzie starzy zasiadłszy przy wódce, rozmawiają o przeszłem życiu, o sąsiadach, panach i o roli, która zlana potem czoła, skąpo nagradza mozolne prace. Dudarz w cieniu dęba nadyma miech skórzany; młodzież puszcza się w zaloty, krąży się koło tańcujących, tu spotkasz żołnierza, który ujęty ich gościnnością, zapomina o swej dalekiej rodzinie ; zachęca się do tańców, wybiera wesołym okiem krasawicę i w ten czas najszczęśliwszy z ludzi.
Niedaleko tych stron, nad rzeką Dryssą, jest dwór Krasnopol *) okrążony ze wszech stron lasem; tam jest miejsce , gdzie, powiadają, żył kiedyś, za pogańskich jeszcze czasów, Książe Boj; słynął na Białej-Rusi jako wielki bohater, i rządził całym ludem mieszkającym w tych dzikich stronach nad brzegami Dryssy; zabawa jego zwyczajna była z łukiem i strzałami zwiedzać bory, zabijać łosie i inne dzikie zwierzęta; miał parę wiernych ogarów; z nich jeden nazywał się Staury drugi Haury. Były nadzwyczaj silne i zmyślne; najstraszniejszy niedzwiedź w potyczce z niemi niemógł wytrwać; wnet był rozdarty, jak zając pojmany od chartów. Kiedy Boj na polowaniu odłączył się od swoich towarzyszów i bywał otoczony od rozbojników, rospraszał i zabijał, puszczając na nich swe silne psy; nie raz kiedy zabłąkał się w dalekich lasach, psy jego idąc naprzód, wyprowadzały na drogę i do samego domu.
Wiele razy te psy wyratowały swego Pana od niebezpieczeństwa i najprzyjemniejszą zabawą były dla niego w życiu. Przeto roskazal poddanym swoim, aby im oddawano cześć, jako najważniejszym przy jego osobie; a kiedy od starości jeden po drugim kończyły życie, za zasługi naznaczone im były dni uroczyste; lud się zbierał na te miejsca , gdzie były zakopane ich kości; przynosił tam napoje i jedzenia; uczta trwała do późnej nocy; szczątki potraw i kości rzucali na ogień, powtarzając imiona dwóch ogarów Staury, Haury, i przyzywali ich cienie z tamtego świata.
I teraz jeszcze, pomiędzy gminem, sekretnie w niektórych domach chłopskich, odbywa się ta uroczystość raz w rok około Zielonych Świątek; gospodarz zabierając część potraw, zniża się pod stół, i trzy razy powtarza Staury, Haury ham, prichadzicie k'nam! Słyszałem, że na wezwanie niektórych jawiały się ogromne czarne psy i wnet znikały; może się to komu tak zdało; może to było działanie złych duchów, lub tez może to fantazja gminu białoruskiego , któremu zawsze się roją czary i duchy w rozmaitych postaciach, wedle obowiązków sobie poleconych, jako to: duchy wodne1), ziemne2), domowe3), stróże lasów4), i skarbów5).

POŁOCK.

Minąłem bory, i oto na szerokiej równinie widzę miasto Połock. Wieże kościelne Ś-go Szczepana (1), na zamkowej górze kościół Ś. Zofji (2), stojące w tumanie, zdają się sięgać obłoków, ich postać olbrzymia panuje nad miastem i całą okolicą. Na ten widok całéj przeszłości obraz odmalował się w méj myśli; do serca zapadła tęsknota i łzawem okiem spotkałem te mury wyniosłe.
Pogrążony w smutne dumania, zbliżyłem się ku miastu, ogrody Spasa przypominały mi majowe niegdyś przechadzki, teatra, śród gęstych lip pod odkrytem niebem; tam młoda wyobrażnia pod troskliwym dozorem nauczycieli, najpierwiej uczyła się poznawać Twórcę tego świata, opatrzność Jego nad każdem stworzeniem, i zachwycać się pięknością nieba i ziemi.
Blisko Połoty, kościół murowany Ś-go Ksawerego; tu mogiły, gdzie spoczywają prochy świątobliwych zakonników Jezuickiego Towarzystwa, świeckiej młodzieży i starców, których niegdyś byłem znajomym, towarzyszem, przyjacielem ; niewypowiedziane uczucie ten widok sprawił we mnie; dusza moja poglądała na nich jak na aniołów wstępujących do nieba; z gorliwością odmówiłem modlitwy i długo stałem zamyślony, poglądając na te święte miejsca. Dawne czasy, dawne życie, dawne zwyczaje i nabożeństwo, żywo malowały się. w mojem wspomnieniu. O szczęśliwi! widzieli oni lepsze czasy, spoczywają na rodzinnej ziemi, lecz ja do jakich przypłynę brzegów, gdzie spocznę po tej burzliwej żegludze?
Za Połotą, na szerokiej równinie, jak lustro odbija światło słoneczne mała przestrzeń wody nazywająca się wołowe jeziorko; powiadają, że kiedyś było one w samem mieście i przed wprowadzeniem Chrystusowej wiary nad tem jeziorem stały świątynie Pioruna i Baby-Yahi *); lecz teraz niepozostało śladu żadnego z tych starożytności.
W okolicach Połocka, każde miejsce w opowiadaniu tamecznych mieszkańców ma jakieś wspomnienie historyczne; na drugiej strony Dzwiny, o kilka wiorst jest maleńki kościołek Ś. Kazimierza, gdzie opowiadają., iż on się jawił przed wojskiem swoich rodaków, i przeprowadzał przez bystre nurty tej rzeki; i do dziś dnia pokazują w tem miejscu pod Struniem jakby piasczysty wał podwodny, kędy przechodziło wojsko; kościół Borysa i Hleba, jakoby zbudowany przez tychże ŚŚ. cudownym sposobem; Ekimanija majątek PP. Bielikowiczów, nad samą Dzwiną, na wyniosłym brzegu, w pięknej pozycji; całe miasto Połock ztamdąd widać jakby w czarującej panoramie, i wiosennej porą po rozlanej wodzie, u stóp góry, odzywa się muzyka i pieśni na płynących strugach do Rygi; wiele także i to miejsce zawiera w sobie podań starożytności w powieściach ludu.
Po upłynieniu ośmnastu lat, jaką odmianę spotkałem w calem mieście! wały tylko starożytne także zieleniły się trawą, i łączące się dwie rzeki, płynęły w tychże korytach; domy murowane na kilku miejscach zakopcone dymem i rozsypujące się w gruzy, przypomniały o pożarach, które nieraz opustoszały to miasto. Pogrążony w dumaniach, zwiedzałem ulice jakby cudzoziemiec nikomu nieznajomy; wybił zegar niegdyś na wieży jezuickiego kościoła, i to brzmienie jakby przywitanie wiernego przyjaciela odbiło się w mej duszy. Ten głos znajomy mi od lat dziecinnych, kiedyś to naznaczał czas dla nauk i odpoczynku, i o wschodzie słońca obudzał do nowej pracy, lecz teraz, zdaje się, że powtarzał w swojem brzmieniu : fugit irreparabile tempus.
Głos dzwonów kościelnych, poruszył we mnie całe uczucie, odmalował z wyobrażni całą przeszłość. Ottonie, pamiętasz ten głośny dzwonek, co nas niegdyś zgromadzał dla słuchania nauk świeckich, religijnych i do codziennej modlitwy w świątyni pańskiej; on zamilkł na zawsze; odzywa się tylko w sercu i pamięci naszej.
Najprzyjemniejszą jest w życiu człowieka, wiosna młodości, kiedy rozwijając kwiat swego pojęcia w bujnej wyobraźni rokuje wielkie korzyści, buduje wielkie nadzieje, niemyśląc o tem, że są na świecie wichry i straszne burze, które niszczą częstokroć wszystkie zamiary ludzkie; ta kwitnąca pora ma dziwny urok, ma czas, który przenosi człowieka w uczucia jakichś nadzwyczajnych rajskich uciech, i ten bywa mianowicie wtenczas, kiedy młodzi, wolni od pracy, powracają do swoich domów, rozprawiają o naukach, nauczycielach i towarzyszach.
Zbliżają się święta wilkonocne, z jakiém uczuciem, z jaką wiarą odbywają się religijne obowiązki! rekolekcije, przygotowania się do Wielkonocnéj spowiedzi, jaką słodycz i pokój przynoszą dla duszy! W Wielki Czwartek, każda klassa ze swoim nauczycielem, odwiedza wiezienia, szpitale, rozdzielając wszędzie, wedle możności, pewną kwotę pieniędzy i jałmużnę dla ubogich. Kamienny człowiek kogoby ten przykład nie nauczył miłości bliźniego!
W szkołach Jezuickich wakacije zaczynały się zwyczajnie 1go Sierpnia; uczniowie po odbytych egzaminach awansowali w wyższe klassy; celujących imiona drukowane były w książeczkach, dla zachęcenia do dalszych postępów w naukach.
W tym dniu, miasto Połock zdawało się być stolicą całej Białej-Rusi; szum i turkot pojazdów odzywał się po całem mieście; zjeżdżali się obywatele; jedni dla uroczystości w dzień Ś-go Ignacego Lojoli; drudzy, aby podziękować za troskliwe starania mającym dozór nad ich dziećmi; inni aby być w teatrze, który się zwyczajnie odbywał w tych czasach przez uczniów Akademii Połockiéj; kupcy zgromadzali się ze wszech stron i najlepszy mieli zbyt swoich towarów.
Przed uroczystością Bożego Narodzenia, były także egzamina i emulacije uczniów klass początkowych, gdzie oni przed zgromadzeniem rodziców, opiekunów i nauczycieli, robili jeden drugiemu kwestije z grammatyki języka łacińskiego; przed nimi na stole rozłożone były nagrody dla celujących, i ta ich emulacija zawsze się zaczynała od tych pamiętnych wyrazów:

- Domine emule a quo incipiemus?
- A signo Sancti Crucis.
- Quid est signum Sancti Crucis?
- Est munimentum corporis et animae.
- Faciamus signum Sancti Crucis:
- Faciamus.

Tu upadają wszyscy na kolana, i po odprawionej modlitwie, zaczynają się disputy i popisy z nauk *).
Ottonie! wspomni te szczęśliwe czasy, wspomnij przyjaciół swojej młodości, towarzyszów, nauczycielów, którzy nam tyle mówili o wierze, o Bogu, o obowiązkach Chrześcijanina i o naukach; nam świat się wtenczas malował rajem, bo w ludziach otaczających nas widzieliśmy tylko życzliwych, szczerych i prawdziwych przyjaciół. Teraz przeczytaliśmy księgę, w której opisana wędrówka przez tg dolinę nieszczęść; przyszła jesień i dojrzał owoc goryczy!... często w myśli mojej powtarzam te wiersze:
Pamiętam, niegdyś dzwonek klasztorny swem brzmieniem,
Zwoływał towarzyszów młodych do gromady,
Niebyło jeszcze serce znajome z zmartwieniem,
Nie znaliśmy ni świata, ani losów zdrady.

Przeznaczenie, niestały czas wszystko odmienia,
Znikła radość prawdziwa jakby snu marzenie;
Zamilkł dzwonek klasztorny w powietrznej przestrzeni,
Dzwoni tylko w spomnieniu jego tęskne brzmienie.

Wpłynąłem na niestałe morze tego świata,
Nie dla tego by skarby bogate zdobywać,
Lub też sławą ogłosić życiu mego lata,
Ale, że każdy musi po tych falach pływać!...


„Wyprawując korrektę tego arkusza, mimowolne uczucie mną opanowało. Umysł mój oskrzydlony wspomnieniami dąży do przejrzystych wód Poloty. - Pamiętam wspaniałe wieże miasta, które mogę nazwać ojczystém; skromną dachówkę mieszkania dla mnie świętego, i długie jego korytarze, i zmierzch lamp w obszernym kościele, i pod pstrem sklepieniem jego rozlegające się pochwalne pieśni, i huk przeciągłych organów wlewający pobożność w serce. Pamiętam plac pokryty ludem w czasie tkliwej processji z obrazem Świętego Młodzieńca, i znajome brzmienie przyjemnéj na trąbach muzyki z kościelnego ganku; pamiętam dobrych naszych nauczycieli, i kochanych kolegów, wysoki wał, i most nad rzeką cicho-płynącą, i gładki-piasczysty gościniec mimo samotnego słupa, między złocistémi kłosami do odległego Spasa, i niewinne gry na zielonem błoniu, i upał promienistego słońca, i ochłodę gęstego bóru, i błękitne niebo, i jasność duszy niedoświadczonej, nieburzliwéj - szczęśliwéj! Tam, tam kolebka mojéj młodości."

RYBAK ROĆKA.

W cichym bałocie czerci rodziucca.
Przysłowie Białoruskiego ludu.

Mój stryj spójrzał przez okno na jezioro, i obracając się do mnie - Co to znaczy powiedział, że Roćka do tych czas nie przywozi rybę; nie zadługo i wigilja Bożego Narodzenia. Powracając z Połocka Pan Morohowski może zostanie u mnie na kucją, a może jeszcze i ktokolwiek z sąsiadów odwiedzi.
- Pewnie mu się nieudało skorzystać, bo pamiętam rybacy skarżyli się, że te dni nie było połowu ryb, a więc i jego nadzieja zawiodła.
- O nie! Janko, ty nie znasz tego rybaka, on w swojem rzemiośle jest człowiek niepospolity, nigdy nie powraca do domu z próżnemi rękoma, zna wszystkie kryjówki podwodne; zdasię, że pod lodem widzi gdzie się skrywają leszcze, szczupaki i inne ryby. Jesienną pora gdy niebo pokryją czarne chmury i wiatry zaszumią, z trwoga poglądam przez okno kiedy on zarzuca sieci na jeziorze. Burza podnosi wały pokryte pianą, a on jakby nurek to się zjawia na powierzchni wód w rybackiéj łodzi, to znika wśród fal szumiących, a nad nim tylko latają w powietrzu białe rybitwy i pod czas takiej burzy on nieraz mi przywoził ryby i powracał do domu, chociaż mieszka na wyspie która ztąd tak jest odległą, że w jasne dnie ledwo okiem dojrzeć możno.
- Nadzwyczaj śmiały, i czyż niedoświadczył kiedy nieszczęśliwego wypadku?
- Sam nigdy niedoświadczał nieszczęścia, lecz jeszcze mniej umiejętnych tèj sztuki nieraz ratował tonących pod czas burzy, o nim niektórzy dziwy opowiadają, czemu nawet powierzyć trudno. Jakoby Roćka wiedząc, że niektóre rodzaje ryb lepiej łowią się w czasie niepogody, inne zaś kiedy cichy i jasny dzień, przyzywa wiatry na jezioro, poburza wody, a gdy tego niepotrzeba, wiatry precz odsyła, powraca dzień jasny i po spokojnej wodzie napełniwszy łodź rybą spiewając pieśni powraca do domu z tej to przyczyny niektórzy sądzą, że on jest czarownik.
- A może i działa przez moc nieczystych duchów? Wszakże stryj wierzysz temu ze są czarownicy.
- Ja temu wierzę. Ale Roćko człowiek dobry, tak się ludziom zdaje, czarownicy co się znają ze złym duchem szkodzą ludziom, a o nim niesłyszałem aby kogo krzywdził, w dni niedzielne bywa w kościele i modli się gorliwie, wszakciż on jest poddanym księży Jezuitów.
Gdy tak rozmawiamy, pies zaszczekał na podworzu, stryj mój spójrzał przez okno - Otoż rzecze o kim rozmawiamy, ten się sam zjawia, doczekałem się nareszcie, Roćka wiezie rybę.
Wchodzi Roćka, w ręku worek zrobiony z starej sieci, oblany zmarzniętą wodą, zdawało się, że był zpleciony z żelaznego drotu, przeświecała się srebrna łuska świeżèj ryby. Urody był małèj, twarz blada i sucha, włosy ciemno-żółtawe spadały w nieładzie i jakby wilgocią sklejone: w moich oczach podobny był wtenczas do Trytona, który wynurzywszy się z morza, trąbił w konchę przy wozie Neptuna lub Amphitryty; pokłonił się i wysypał rybę na podłogę.
- Dawno czekałem, rzekł Zawalnia, ciągle poglądałem w okno i już zacząłem rospaczać, sądząc, że i na ciebie przyszła kolej skarżyć się na nieszczęście.
- Dzięki Bogu do tychczas jeszcze praca moja nie bez korzyści. Ale że teraz czas taki, wszędzie potrzebują ryby, musiałem tam i ówdzie dostawić dobrym Panom i sąsiadom.
- A zimową porą rzekłem, czy przywoływasz do siebie wiatry aby poburzyć jezioro dla lepszego połowu ryb? bo jakby Wodzianika *) ciebie słuchają wiatry i fale.
On patrząc na mnie z uśmiechem - Moje posłance białe rybitwy sprowadzają wiatry i burze, lecz teraz ich niema; daleko uleciały za morze - Nie paniczu, nie wierz wszystkiemu co ludzie mówią, nasi Panowie księży Jezuici nie tego nas uczą, abyśmy przyzywali złych duchów na pomoc, kto pracuje temu i Bóg pomaga, żadnych ja niechcę znać sekretów które sumienie mogą obciążyć.
Stryj mój przerywając rozmowę powiedział, - on człowiek jeszcze młody, teraźniejszego świata, nie wierzy w żadne czary, a tylko żartuje z ciebie. Kazał pozbierać ryby z podłogi, zapłacił ile mu należało; posadził na ławie, przyniosł wódkę i chleb z sobą na zakąskę.
Po wódce i zakąsce, Roćka rzekł poglądając na mnie - Młodzi ludzie nie widzieli i nie słyszeli co się dzieje na świecie; dla tego i nie wierzą. Powiedziałbym ja wiele o tem, ale czas niepozwala, słońce nizko, trzeba jechać do domu.
Mój stryj rad z tego zdarzenia, że rybak ma jakieś wiadomości do opowiedzenia, nalewa mu jeszcze kieliszek wódki, mówiąc - Opowiedz nam jaką rzecz ciekawą jeśli doświadczyłeś lub słyszałeś co od starych ludzi, wszak teraz niebo jasne i wiatru niema, nie będziesz błąkał się. Lecz chociażby i burza drogę zawiała śniegiem, tobie każdy krzak łozy nad brzegiem i gęsta trzcina, pokażą drogę, bo od dziecinnych lat znajome każde miejsce tego jeziora.
Roćka już był trochę podweselony, mina jaśniejsza, i na twarzy jego jawił się słaby rumieniec. - Dobrze, więc opowiem Panu jak w naszych stronach czary i postępki szkodliwych ludzi rozmnożyły złych duchów.
- Czyż złe duchy, rzekłem, mogą się mnożyć jak zwierzęta?
- Mnożą się, bo złość ludzka dla nich jest najlepsza pasza. - W naszych okolicach szczęśliwsze życie, pamiętają starzy, kiedy było jeszcze więcej poczciwych, starannych i pracowitych ludzi, wtenczas powiadają każdy gospodarz miał ziemi podostatku, ciągłe były urodzaje, nie brakło chleba i pokarmu dla bydła. W jeziorach i rzekach taka była obfitość ryb, że młodzież bawiąc się nad wodą. zużytą jakąkolwiek siadką, łowiła tyle ryby, że ledwo mogła zabrać z sobą do domu. Panów było nie wiele, lecz i ci bogobojni i oni gdzieś daleko żyli za Dzwiną. Taraz każdy panek mając kilka chat ubogich, drogo płaci za pojazdy i bogate ubiory, wymyśla środki jakby dostać pieniędzy; przedając bydło i chleb ostatni, doprowadza lud biedny do tego, że co wiosna gorzki bobownik używają za pokarm. Chcąc jeszcze powiększyć dochod z jezior, sprowadzają co rok zimową porą Ostaszów *); ci rybacy mówią , jakoby posyłają złego ducha pod lód, który im ryby zapędza do sieci; i dla tego to oni opustoszyli u nas wszystkie jeziora, wyuczyli naszą młodzież bezbożnych postępków, czarów i bezwstydnych piosnek; bez skutku napominania były starych ludzi i księży. I z tèj to przyczyny u nas rozmnożyły się złe duchy do tego, że kilka razy zjawiały się przed mnóstwem narodu, czego pierwièj w naszych stronach nigdy niebywało.
Opowiem Panu dziw, który był widziany na jeziorze Rosonie, to nie jest tak bardzo daleko od naszego Nieszczorda, jak Panu wiadomo, nie więcej wiorst trzydzieście. - Otoż, mówił mi o tym jeden z tamecznych mieszkańców, poddany także księży Jezuitów, że kiedyś to wiosenna porą z sochami robotnicy powracali z panszczyzny, jeszcze sionce nie zaszło, bo przed dniem niedzielnym Ekonom ich uwolnił raniej niż zwyczajnie - Wieczor był cichy, niebo jasne, na wysokich brzozach, w różnych stronach smutne kukowały ziaziuli, w górze spiewały skawronki, i słowiki w krzakach. Młodzi jadąc konno rozmawiali o swoich przygodach, a starzy o gospodarstwie. W tym nagle słyszą muzykę, ktoś za lasem gra na dudzie i spiewa tak głośno, że cała okolica brzmi echem nadzwyczajnym, a pieśń ta była wiadoma im wszystkim.

Pacirau ja dudu, ich woch,
Na papowym łuhu, ich woch,
A nia dudka była, ich woch,
Wisiałucha była, ich woch,
Wisialiła mianie, ich woch,
Ma czużoj staranie, ich woch.

Mijają las, zbliżają się do jeziora Rosona, woda cicha i jasna jak kryształ, tak, że drzewa wszystkie widać pod wodą jakby namalowane. Lecz dziw niesłychany, na spokojnej wodzie djabeł czarny jak węgiel, ręce nadzwyczaj długie i ogromna głowa, siedzi na samym środku jeziora, podkurczywszy nogi, gra na dudzie i spiewa okropnym głosem; przelęknieni wszyscy mówiąc pacierze brzegiem pospieszali do domu, sionce już skryło się na zachodzie, a oni jeszcze długo słyszeli za sobą glos dudy i okropny spiew szatana.
A i w naszym sąsiedstwie Pan często widujesz małą, przestrzeń wody niedaleko od wsi Holubowa ze wszech stron otoczoną, trzęsawicą; tam nie jeden śmiałek letnia pora chcąc się przybliżyć do jeziorka, szedł jak po rospiętym płutnie i wnet zginął w głębini, która się kryje pod tą mszystą powłoką. Strzelec na te miejsce z żalem z daleka pogląda słysząc krzyki kur wodnych i kaczek różnego rodzaju, bo się tam zbliżyć niema żadnego środka, i o tym jeziorku między ludzmi takie jeszcze krąży podanie.
Było to kiedyś ogromne i rybne jezioro, blizko na pagórku stała wieś i karczma przy drodze, tam każdą zima wyławiali rybę Ostasze. Zdarzyło się, że jednego roku właściciel tego majątku odmówił im, a pozwolił swoim włościanom korzystać z połowu ryb, ci rybacy pracując dni kilka na próżno czas tylko tracili, bo za każdym razem ledwo kilka rybek znachodzili w sieci. Ułożyli więc radę, aby o samej północy zarzucić niewod, a może przemieni się szczęście.
Było to w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy wiejscy mieszkańcy z bliskiej okolicy zbierają się do karczmy na igrzyska, bo w naszych stronach te zabawy odbywały się dawniej w szczęśliwsze czasy, jak ja jeszcze pamiętam, co wieczor aż do trzech Królow.
Otoż! kiedy już była sama północ, niebo pokryte obłokami i wiatr powiewał z pola, w karczmie brzmiała muzyka i spiewy, młodzież tańcowała, a starzy za stołem przy kieliszku rosprawiali o rozmaitych wypadkach co komu przyszło na pamięć.- W tym wchodzi rybak, cały osypany śniegiem, a poły i rękawy oblane lodem.
- Bracia, zostawcie pląsy i spiewy: rzecze, pospieszcie na jezioro, tyle leszczów zagarnęliśmy, że wyciągnąć sił niestaje, pomożcie nam, za pracę, wszyscy będziecie wynagrodzeni.
Ledwo to powiedział, któś na piecu w ciemnym kącie okropnym zastękał głosem - Ach! Ach! jaka szkoda, i wnet straszna poczwara wyleciała za drzwi; przelękło się całe zgromadzenie, modląc się, po kilka osob jedną drogą, powracali do swoich domów, inni zaś z rybakiem pospieszyli na jezioro. Lecz już późno, bo szatan zrobił swoje, wyciągnęli niewod jakby nożem porznięty, a ryby ani oka.
Stoją zdumieni, zrozumieli rzecz całą. Wtenczas jeden z tej gromady rzekł - Nie wygra zły duch, posłuchajcie mojej rady; jutro poprawiwszy sieć jak potrzeba, poprosim księdza, niech poświęci wodę i niewod, a pozajutro zarzucim tonię i przy pomocy Boskiej nie uda się szatanowi podobną sztukę wyrządzić.
Niedalako tego jeziora, na górze stał dom rybaka pokryty słomą, tam av nocy kiedy cała rodzina jego spała, robił sieć i pilnie zajmując się pracą, rozmyślał o strasznym wypadku, który ich spotkał na jeziorze. Szumiał las blisko jego mieszkania, wiatry wyły za ścianą i wnet okropna burza wznosiła wysokie zaspy około domu i okna śniegiem zasypała. Pies czarny lezący u nog jego burczał jak gdyby widział przed sobą złego ducha, i na rybaka napadła jakaś niezrozumiana trwoga. Słyszy, któś puka w okno i woła - Sąsiedzie! Sąsiedzie! zlituj się, daj mi wozek swój, nieszczęście zdarzyło się w domu, muszę, dzieci mych przewieść niedaleko, tylko do mieszkania swata.
- W czasie takièj burzy, rzekł rybak, kiedy i psa żal wypędzić za drzwi, ty chcesz gdzieś jechać z dziećmi, wztąp do chaty, ogrzèj się, przenocuj, jutro to wszystko zrobisz.
- Nie mogę na jutro odłożyć, burza mig ta niestraszy, tylko zmiłuj się nieodmów, powrócę twój wozek przed wschodem słońca i nagrodzę ile bedę mógł.
- Bierz wiec sobie jeżeli już tak nagła potrzeba.
Odemknął okno rybak, pogląda na podworz, lecz już niewidział ani sąsiada, ani wozka, wiatr tylko szumiąc roznosił śnieżne tumany po podworzu, dziwił się, że on tak prędko zaprzągł konia i zniknął z oczu.
Rozmyślał czas niejakiś siedząc na ławie, co za nieszczęście tak nagłe spotkało jego w domu? że on o samej północy i pod czas tak okrepnej burzy musi wyjeżdzać z swemi dziećmi, i zdziwił się, że ten prędzej odjechał z woskiem niż on uspiał odemknąć okno. Tak rozmyślając, zagasił ogień, położył się na ławie i zasnął.
Krótki sen był rybaka, bo jemu i we śnie marzyło się, że widział obfity połów ryb i te w mgnieniu oka znikły z rozdartej sieci i skryły się w głębini jeziora. Porwał się z ławy, rozbudził żonę, kazał rozegrzeć sobie jedzenie aby po śniadaniu pospieszyć do swoich towarzyszów, a z niemi razem na jezioro.
Wychodzi na podworz, postrzega swój wozek, ten cały lodem oblany, a we środku leży leszcz ogromny, pogląda zdumiony i nierozumie co to znaczy, przywołuje żonę i domowych, opowiada im jak w północ burzliwa, sąsiad wyprosił ten wozek aby w nim dzieci swoich przewieść do swata, dziwili się wszyscy, lecz nikt nie zgadnął tajemnicy.
O wschodzie słońca zebrali się rybacy, przyjechał ksiądz pleban, pokropił niewod święconą, wodą i jezioro, zgromadził się lud z pobliskich wiosek, ciekawi wszyscy czekali końca. Zajmują ogromną przestrzeń pod lodem, ciągną niewod i już cała sieć na lodzie, lecz w sieci ryby ani oka. Gdy stali wszyscy smutni w milczeniu, jeden rybak z tej gomady, opowiedział jak on oszukany od złego ducha pożyczał jemu wozek w którym ten przez całą noc pracując pewnie wszystkie ryby przewiozł gdziekolwiek w inne miejsce. A więc zabrali z sobą niewod i powrócili wszyscy do domow swoich.
Od tego czasu żaden rybak niezarzucał sieci na tym jeziorze, przez czas długi zaniedbane od ludzi, zarosło całe wodnym zielem i pokryło się na wieczne czasy powłoką zielonego mchu, a tylko świeci zdaleka nie wielka przestrzeń wody.
- A czy nieslyszałeś cokolwiek, rzekł Zawalnia o tym głuchym jeziorze, które okrążone ze Avszech stron ciemnym lasem, one niedaleko tej rzeczki, co płynąc z Nieszczordy wpada do Dryssy. Mówią, jakoby pod czas samej pięknej pogody w tym jeziorze nigdy nie widzą, ni słońca, ni obłoków na niebie, ni gwiazd, ni księżyca, tam wody zawsze mętne i pod czas nocy pokazują się straszne zjawiska. Opowiadał mi jeden strzelec, który polując na głuszców tam nocował, jakoby widział, że snuły się nad brzegiem jakieś straszydła, z bębelow wodnych wyradzały się jakieś figury długie, podobne do ogromnych łątek i na płomiennych skrzydłach latały nad wodą, a gdy zaspiewał kogut w odległej wsi, te wszystkie dziwy przemieniły się w wodne tumany.
O! znam dobrze te jezioro, rzekł Roćka, i słyszałem o nim dziwne zdarzenie, tam i teraz ciągłe strachy; kobiety niekiedy blizko tych brzegów gromadnie zbierając grzyby lub jagody, starają się wcześniej powracać do domu, aby ich wieczor nie spotkał w lesie, gdyż po zachodzie słońca słychać tam śmiechy i stękania jakichś dzikich głosów; opowiem Panu dziwy niesłychane, ale te były w samej rzeczy.
Tam blizko na zachodnim brzegu Nieszczordy, na górze gdzie i teraz jeszcze stoi dwór, żył niegdyś wdawne czasy Pan Z. bardzo bogaty, wszystkie te dzikie bory aż do samych brzegów Dryssy były jego własnością. Te głuche jezioro w ciemnych lasach już zaczęłą zarastać trawą, nigdy łam łodź niepływała, żaden rybak nieośmielił się zarzucić sieci.
Zimową porą Panu Z. przyszło na myśl, aby na tym jeziorze poprobować szczęścia, a więc kazał przywołać starszego rybaka, i rzecze:- „Jutro zbierz ludzi, przewieście niewod na głuche jezioro i zarzućcie tonię, od niepamiętnych czasów tam nigdy niełowiono, a więc musi być wielka obfitość ryb rozmaitego rodzaju."
- Nie możno rzekł rybak, chociaż ja nigdy tam niezarzucałem sieci, lecz słyszałem, że w wielu miejscach na dnie leżą sękowate kłody, bardzo więc łatwo cały niewod popsuć.
- Skąd te kłody, wszak las nie rosł na tym jeziorze? nie słuchając tych bredni jutro koniecznie zarzucić tonie.
- To przynajmniej pierwiej Pan każ poprosić księdza; rzekł rybak, aby poświecił niewod i jezioro, bo ta przynajmniej rzecz niewątpliwa, że tam złe duchy od dawna założyli swoje mieszkanie.
- Chyba ty ich widziałeś tam kiedy, że plecisz rzeczy niestworzone?
- Pan się zapytaj u wszystkich mieszkańców, każdy wie jakie tam bywają dziwy nocną porą, straszydła snują się po brzegu, słychać pod wodą stękania i śmiechy szatanów, po zachodzie słońca najśmielszy człowiek ztamtąd ucieka.
- I słuchać niechcę waszych głupich przesądów", jutro koniecznie łowić tam rybę.
- Nie poświęciwszy wody, rzekł rybak?
- Niema potrzeby.
Rybak zamyślony poskrobał głowę i cichym krokiem poszedł do wsi. Oznajmuje swoim towarzyszom wole Pana; zebrawszy się w koło do późna rozsądzali o tym, bojąc się aby niezdarzylo się jakie nieszczęście. Lecz roskazano; trzeba spełnić.
Na drugi dzień, rybacy przyjeżdżają na jezioro Głuche, zastanowili się z niewodem na samym środku nie wielkiej okrągłej przestrzeni. Około las ciemny, gęste jedliny i sosny chyliły się pod ciężarem śniegow, i zdawało się, że jakoby mury białe otaczały te miejsce, tam latem nigdy wiatr nieporuszał wody, i zimową porą nie zwiewał śniegow. Dzień był posępny, cichość panowała wkoło, rybacy zdjęli czapki, zmówili pacierze, naznaczyli miejsca, gdzie przebijać przełębie i rozpoczęli swą prace.
Zajęli przestrzeń i już ciągną niewod, słyszą szelest pod lodem, sykanie i piski jakieś dzikie, jak gdyby tam tysiący gadów gryzły się między sobą, napadła na nich niespokojność, strach i dreszcz przebiegał po ciele, jednakowoż widząc liczne swoje towarzystwo, niewypuścili z rąk sieci, ciągną, dodając jeden drugiemu odwagi, sądząc, że może zagarnęli wielkie mnóstwo piskorzów. Lecz kiedy juź cały niewod wyciągnęli z wody, strach wspomnieć, pełne sieci małych djabełków, jakie okropne postaci jawiły się przed nimi! Były tam podobne do rakow pokrytych czarną sierścią, inne jakby pająki wielkości kotów, inne straszydła podobne do szczeniąt, nogi miały nadzwyczajnéj długości, niepodobno opowiedzieć postaci tych wszystkich dziworodów. Szczury, jaszczurki, niedoperze, krety, pełzały po lodzie, tarzały się po śniegu z okropnym wrzaskiem, sykaniem i piskiem. Zrozumieli rybacy, że trafili na gniazdo szatanów, nie mogli patrzeć na tę straszną scenę, rzucili niewod i sami uciekli z jeziora.
- A czy łowili kiedy Ostasze w tym jezierze?
- I przodkowie nie pamiętali tego, aby ktokolwiek tam ryby łowił.
- Więc któż tam złych duchów wprowadził na mieszkanie?
- Zna Pan organistę z Rosona, dobry i rozumny człowiek, on często nam opowiadał dziwne rzeczy z świętych książek, jak kiedyś Bóg stworzył ten świat. Jednego, razu był dzień kiermaszowy, poprosił kilku nas do siebie, siadł z nami za stołem, wypiliśmy po kieliszku wódki, i między rozmową o tym i o owym, rzekł do nas te słowa pełne prawdy, i ja ich nigdy niezapomnę, on powiedział tak: „Wielki grzech Adama, że posłuchał Ewę, zkosztował jabłko z zakazanego drzewa, za ten występek Bóg przeklął ziemię. Ale większy grzech Kaina, który zabił swego brata.- O jak wiele namnożyło się Kainów co zabijają swoich braci, w tych dzikich lasach, blizko Głuchego jeziora, było mnóstwo złoczynców, Pan ich tam pozbierał z różnych końców świata. Powiadają, że byli tam ludzie i ztamtych krajów, gdzie jakoby odbywają podróży nie na koniach, lecz na psach, i oni nie mieli w sercu ni wiary, ni Boga, ani miłości ku bliźniemu, ciągle skrywali się blisko tego jeziora, a przeto i djabli obrali sobie tam mieszkanie.
- Ale i Pan Z. był człowiek niegodziwy, błądzi prostak z przyczyny nieoświecenia. Lecz panowie ciężko odpowiedzą przed Bogiem, gdy niemają wiary, trzeba było poprosić księdza, poświecić niewod i wody w jeziorze, nie było by tego strachu i praca by niezginęła.
- Uczą nas kapłani i dobrzy ludzie, ale i ich słowa jak groch do ściany, a dla tego to Bóg niebłogosławi, i czasy co raz gorsze.
- A w naszym jeziorze Nieszczordzie, rzekłem przerywając mu mowę, czy mnożą się złe duchy, i czy trafił tobie którykolwiek do sieci?
- Co panicz mówisz? niech Bóg od tego zachowa, ja zawsze wychodząc z domu i przed zaczęciem mojej roboty przeżegnam się i zmówię pacierze, lak nas wyuczyli nasi panowie Jezuici. A do tego na naszym jeziorze, chociaż w niektórych miejscach łowili Ostasze i przy pomocy złego ducha wiele wyniszczyli ryby, lecz ten szatan tu wszędzie nie może panować; nad brzegami Nieszczordy kilka kościołów. Wiosenną porą podczas cichej pogody o wschodzie słońca, zdarzało się mi nieraz zarzucać sieci, wtenczas widziałem jak kościoły i krzyże wszędzie odbijały się w wodzie; a kiedy w dni święte zadzwonią na mszę, to głosy dzwonów roschodzą się po całym jeziorze, lud płynąc w czółnach żegna się i mówi pacierze, u nas jeszcze dzięki Bogu szanują wiarę świętą, a szatan od krzyża i modlitwy ucieka.
- To prawda rzekł stryj: wasze włościanie bardzo się różnią od innych, ja nieraz jadąc do Połocka zatrzymywałem koni, i słuchałem jak kobiéty i męszczyzni pracując w polu spiewali pieśń:
O! Spasicielu nasz Panie,
Jedyne serca kochanie,
Ruczki, oczki w niebo wznosim,
Odpuszczenia hrachow prosim.

Gorliwość taka rozczula do łez człowieka; lecz ach! czy długo to potrwa? zło co raz więcej rozpostrzenia się i ludzie znający co się w świecie dzieje, nie rokują dobrze.
Roćka westchnął, spojrzał na okno, wziął czapkę, i worek w którym przynosił rybę.
- Spieszysz do domu, wszak jeszcze nie późno, rzekł Zawalnia.
- Zarzócone u mnie sieci i sznury, musze zobaczyć, może dał co Pan Bóg - wieczor już blizko.
- Jeżeli co złowisz przynieś mi jeszcze ryby, mieszkam przy drodze, dzięki Bogu ludzie do mnie zajeżdżają.
- Jeżeli tylko Bóg pobłogosławi pracę, niezapomnę o Panu - to rzekłszy pokłonił się i poszedł.
- Lubię tego rybaka, rzekł stryj, poczciwy i pracowity; być tylko na wyspie i spójrzeć, wraz widać, że tam mieszka człowiek gospodarny i troskliwy. Domek jego chociaż nieobszerny i pokryty słomą, stoi na górze w pięknym położeniu, malenki fruktowy ogródek, ma swoje jabłka i wiśnie, około mieszkania wszędzie porządek i ochędustwo, ma kilka koni, krów i owiec, pole udobrzone jakby ogród, na łąkach obfita trawa, i blisko rośnie gęsty gaj brzozowy. Letnią porą pod czas cichéj pogody, było to kilka razy, że ja w czółnie przypłynąłem do jego wyspy, był rad, i żona jego nadzwyczaj uprzejma kobieta, traktowała mię, postawiła na stół wybornych leszczów, złowione tegoż dnia i z gustem były zgotowane.
- Szczęśliwy człowiek, dla niego tam jeszcze nieminął wiek złoty, znikim niedzieli pola, wilcy i niedzwiedzie nie napadają, na bydło.
- Ta tylko niewygoda, ze wnaznaczone dnie musi odbywać panszczyznę, posyła robotnika w czółnie i koni pławi przez jezioro, więcej niż czwierć wiorsty.

KOWALOWA AUHINIA

Gdy tak rozmawiamy, Panna Małgorzata, gospodynia mego stryja weszła do pokoju, ach! ach! zawołała - co się dzieje na świecie!
Stryj patrzając na nią z podziwieniem - Co to znaczy? co się tam zdarzyło?
- Żona kowala przyszła Auhinia; jakie ona dziwy opowiedziała, na wspomnienie trwoga przenika.
- Poproś ją tu, niech i nam opowie, ciekawi jesteśmy posłuchać jakie tam dziwy na świecie.
Wchodzi Auhinia, była to kobieta żywego charakteru, gadatliwa i kuma całéj okolicy.
- Jakie tam prawiłeś dziwy Pannie Małgorzacie; że ona tu przyszła do nas stękając i z twarzą niespokojna?
- Ach panoczek! jakie jeszcze dziwy, strach wspomnieć. - Dzisiaj tylko co zgotowałam jeść i zakryłam piec, aż wchodzi do chaty ubogi staruszek, biały jak gołąb, siadł na ławie, odmówił pacierze, postawiłam mu na stół misę kapusty, gdy skończył obiad, pytam się jego - z jakich stron Pan Bóg prowadzi staruszku?
- „Zdalekich, odpowiedział."
- Co słychać na świecie?
„Nowiny bardzo nieprzyjemne, rzekł: U jednego bogatego człowieka zdarzyły się niesłychane dziwy. Syn jak tylko się urodził, siadł i silnym głosem zakrzyczał, „dajcie mnie jeść! przelękli się wszyscy, jednakowoż oderznęli mu półbułki chleba i on to natychmiast zjadłszy, porwał się z miejsca i pobiegł do drzwi; tam stała kadź pełna wody; on wskoczył do kadzi i zanurzył się, rzucili się wszyscy ratować i wyciągnęli z tamtąd rybę, położyli ją na stole i długo patrzając na to stali zdumieni, pobiegli do księdza, ten wraz przyjechał i kiedy przeżegnał tę rybę, to się ona znów przemieniła w dziecię, ochrzcił go; ten syn rośnie teraz, ale zawsze tak zimny jak ryba. Starzy ludzie mówią, że kiedy prosił jeść, nie trzeba mu było dawać chleba, ale kamień, bo przez to będzie nieurodzaj i głod. I zle, kiedy on wyrośnie zimny jak ryba, a broń Boże jeżeli jeszcze będzie rozumny, wiele przyczyni biedy.
- I ty wierzysz temu, rzekł stryj, to pewnie gdzieś wylewają dzwony, i żeby te głośniejsze były, roznieśli takie dziwy po świecie, czyż może dziécko przemienić się w rybę i rość będąc zimnym jak trup?
- Pan mówisz, że wylewają dzwony, u nas przy kościołach wszędzie jeszcze dzwony całe, dzwony miedziane nieroztłuką się tak prędko jak garki.
- Janko czy wierzysz takim historjom, rzekł stryj, obracając się do mnie?
- Mi się zdaje stryjaszku, ze takie fantazje tworzą, się między ludem ze smutku i ciągłego cierpienia.
- Może to być - Powiedz że nam Auhinia jeszcze co słychać.
- Warka Płaksunicha umarła.
- Wieczny pokoj, to rzecz nie nowa, ludzie rodzą, się i umierają.
- Ale umarła po chrześcijańsku, spowiadała się i kommunikowała. dzięki Bogu ona w Połocku nawróciła się.
- Chyba to była wielka grzesznica?
- O! wiem ja o wszystkiem. Jakie było życie jéj matki! A i ona, już niech Pan Bóg niepamieta jéj grzechów, miała rodzinną plamkę na ustach, ta jéj wiele szkodziła.
- Pewnie ty musisz to wiedzieć, wszak przed tobą wszyscy otwarcie mówią.
- Ja w całej tej okolicy trzymam do chrztu dzieci, tu wszędzie moje kumy, wszystkie mig lubią, każda rada zemną rozmawiać i dla tego to ja wiem wszystko, kto co robi i jak żyje. Płaksunichi matka była sławna czarownica. I nic już Pan o tym nie wiesz?
- Nic nie wiem, powiedz mnie o matce i o córce.

POWIEŚĆ PIĄTA. RODZIMA PLAMKA NA USTACH

Tej Warki matka była Prakseda, mieszkała w karczmie za rzeką Dryssą, nie daleko od Krasnapolskiego dworu, jéj mąż gospodarzył w jednym malenkim pańskim folwareczku. Praksedzie powodziło się dobrze, chociaż ta karczma nie była przy wielkiej drodze i bardzo rzadko ktokolwiek odwiedzał, jednakże ona w prędkim czasie zebrała pieniądze, żyła wesoło, często kupowała nowe suknie i zawsze pięknie była ubrana.
Sąsiedzi podejrzywali, że Prakseda w pobliskich wsiach odbiera mleko krowom, bo sama bardzo niewiele mając bydła, masło i sery przedawała w mieście, i już po całej okolicy rozchodziły się wieści, jakoby ona o północy biały ręcznik wieszała na ścianie, podstawiała wiadro i z dwóch końców doiła, mléko lało się z tego ręcznika do naczynia i w prędkim czasie napełniła wszystkie garki ciepłym nabiałem.
Kilku gospodarzów zrobiło postanowienie koniecznie przekonać się i za ten postępek obwinić ją przed Panem. Ci więc około północy zaprzęgli konia, jadą tam myśląc, że złowią Praksedę na samym uczynku, bo karczma była odległa od ich wsi nie więcej o wiorst sześć. Lecz cóż się zdarzyło? choć droga tak im była wiadoma, że zda się zamrużywszy oczy każdy z nich mógłby dojść; błąkali się do samego świtu nie wiedząc sami w jakie zabrnęli strony; przy świetle dnia białego postrzegli, że oni całą noc krążyli ciągle około karczmy, lecz znaleść jej nie mogli, konia zmordowali i sami niewyspani powrócili do domów.
Potym uradzili dla dosiągnienia swego zamiaru, przyjechać do Praksedy przed zachodem słońca. Zakupili wódki, przy kieliszku zabawiali się czas jakiś, i niby już będąc pijani, położyli się spać na ławach, jednakowoż każdy z nich poglądał z pod ręki, aby dostrzec czym karczmarka będzie zajęta gdy przydzie północ, zgaszono ogień, nie było jednak zupełnie ciemno w karczmie, bo w same okno w tenczas świecił pełny księżyc, czas zdawał się im być nadto długim, słyszą spiew koguta w stodole, a wiec sądzili, że już po północy i oczekiwanie ich próżne. Jeden wstał, wyszedł za drzwi, i dziwne widzi zjawisko. Ogromny kogut na wysokich nogach jak żuraw w niemieckim odzieniu i w kapeluszu, siedząc na drabinie spiewa. Przelękniony, powraca do karczmy, opowiada to swoim towarzyszom, oni dobyli ognia, żegnając się wyszli z karczmy; zaprzęgli konia i prędzej pospieszyli do domu. Blisko swéj wsi spotkali parobków, którzy tylko co po wieczerzy szli w pole nocować przy koniach, i ci im pokazali na zachodzie czerwone obłoki, mówiąc, że północ jeszcze daleko.
Gdy się im nieudało i za drugim razem złowić Praksedę na uczynku, kiedy ona mleko odbiera krowom swoich sąsiadów, poszli do Pana i opowiedzieli o wszystkim co się zdarzyło znimi i o szatanie, który na drabinie jak kogut spiewał. Lecz Pan, Ekonom i inni we dworze, nie powierzyli im, i jeszcze wyśmieli. Prakseda więc spokojnie sobie żyjąc, zajmowała się swoim niegodziwym rzemiosłem.
Urodziła się u niéj córka, na chrzcie dano jéj imie Warka. Prakseda jak powiadają ludzie, ani kładąc do snu, ani biorąc z kolebki na ręce swoje, nigdy to dziécko nie przeżegnała, i jeszcze o czym bez trwogi wspomnieć nie możno, że jakoby nie jeden nocując w karczmie widział, że kiedy Prakseda mocno spała, jakiś czarny karzeł z ogromną głową siedząc kołysał i często w patrywał się malenkiéj Warce w oczy.
Rośnie dziewczyna i rok od roku staje się piękniejszą, miała ona na ustach rodzimą plamkę, lecz ta jak wszyscy młodzi panicze mówili, że ją nie tylko nie szpeci, ale wiele dodaje wdziękow, plamka zaś im więcej chwalono, tym więcej rosła, tak, że już matce inni mówili, aby ta z czasem nieoszpeciła jéj twarzy. Lecz Prakseda nie zwróciła na to uwagi, i ta plamka doprowadziła młodych ludzi do nieszczęścia.
Kiedy już Warka miała szesnaście lat, przejeżdżał konno o zmroku tamte strony jakiś młody panicz, nikt niewiedział kto on był i zkąd, mówią, że on miał zawsze twarz bladą, nos długi ostry, włos czarny jak krucze pióra i twardy nakształt szczeciny, wzrok tak bystry, że trudno wytrzymać patrzając mu w oczy.
Podobała się jemu Warka i on często jawiał się w téj karczmie, a Prakseda cieszyła się i miała nadzieje córkę swoją wydać za szlachcica.
Po niejakim czasie, jeszcze bardziéj plamka na ustach Warki zaczęła się szerzyć, a ludzie we wsi szeptali między sobą, że ten panicz, który tam często bywa musiał ją pocałować.
Warka lat osimnaście, choć duża już plamka na ustach, jeszcze ją nie szpeci, jeszcze się bardzo podoba dworskiej młodzieży, i ona lubiła, ze ją tłum otaczał zalotników, chociaż wszystkiemi gardziła, bo matka jéj wmawiała, że ona wyjdzie za maż lepiej niż inna szlachcianka.
Opowiem Panu jakie zdarzenie z tego raz wynikło. Kochał Warkę jeden młody człowiek, który tam u Pana sprawował urząd lokaja i łowczego, imie jemu było Michaś. Ten posłyszał, ze jakoby dudarz Achrem drwiąc z jego kochanki, powiedział przed drugiemi, że Warkę zły duch pocałował, gdyż ona nigdy się nieżegna, a przeto i ta plama tak bardzo rozszerzyła się na ustach.
Obraziły łowczego takie rozmowy krzywdzące honor jego kochanki, szukał zdarzenia, aby się pomścić nad Achremera i zasłużyć przez to przywiązanie matki i córki.
W dzień niedzielny zebrała się młodzież do karczmy Praksedy, między nimi kilka lokajów i łowczy przyszedł ze dworu, jedni poglądali na córkę karczmarki, zachwycali się jej pięknością, inni szeptali między sobą i drwiąc nazywali panienką. Jawił się dudarz Achrem, witając jego, sadzą na ławie, traktują wódką. On w dobrym humorze zaczyna grać i spiewać, było tam kilka i młodych sąsiadek ze wsi bliskiej. A więc Warkę i innych dziewcząt młodzież bierze do tańca.
Podczas tej wesołej zabawy, bez żadnej przyczyny, garnek postawiony wysoko przy piecu, rozbił się na ziemi śród karczmy, butelki puste gwizdały stojąc na stole, jakby któś do środka dmuchał, i w każdym kącie w tym czasie cokolwiek upadało na ziemię.
- Od waszych tańców cała karczma trzęsie się odezwała się Prakseda, zbierając po ziemi różne drobne rzeczy, które zleciały z szafy.
W tym nagle ogromny kot skoczył z pieca na doł, postrzegli to wszyscy, wstrzymały się tańce, i kot znik w mgnieniu oka.
Dudarz Achrem przerwał milczenie temi słowy: niebójcie się, tańcujcie, to panicz sobie żartuje, który tu bywa często w gościnach.
Prakseda spójrzała z gniewem na Achrema, cóś powiedziała pod sekretem łowczemu i poszła do maleńkiego pokoiku, który przegrodą był oddzielony.
Nieuważając na to Achrem, zaczyna znowu grać i spiewać, lecz Michaś wytrącił jemu dudę z rąk, mówiąc te słowa: - Praudiwy dudar huby tousty, a haława pustaja.
Rozgniewany dudarz spójrzał na niego z pogardą, a ty rzekł, praudziwyj panskij łakiej, sam niskij, łob sliskij, nos płoskij, tolka szto tarełki lizać.
Łowczy chciał mu dać w pysk, lecz Achrem wstrzymał rękę, inni goście wmieszali się do tej zwady, odprowadzili Michasia wmawiając mu, że dudarz odurzony wódką powiedział to, czego potym będzie żałować, gdy szał ten wyjdzie z głowy. Lecz Prakseda groziła, że to mu nie ujdzie bez karnie, zapłaci kiedykolwiek za zniewagę jej córki.
Radzili wszyscy dudarzowi milczeć, długo sprzeczać się niebezpiecznie, i aby lepiéj wraz szedł do domu.
Usłuchał Achrem, dudę pod pachę, czapkę, schylił na bok, zaspiewał pieśń i poszedł za drzwi, inni jeszcze się tam zabawili do późna, starając się uspokoić gniew Praksedy i smutek Warki.
Około północy wychodzili z karczmy goście jeden po drugim, i każdy idąc drogą słyszy, że w gęstym lesie bez przerwy gra któś na dudzie, wszyscy się, dziwili, niewiedząc co to znaczy; jakim sposobem i z kim Achrem zabrnął do tej dzikiéj gęstwiny.
Noc była cicha i pogodna, głos dudy daleko słychać, echo odzywało się po całéj okolicy, w pobliskich wsiach szczekanie psów nieprzerywało się. Gospodarze wychodzili z chat, rozprawiali miedzy sobą, że albo Leśnik dudarza zabłąkał w tych pustyniach, albo z nim kilku pijanych hula nie pamiętając, że jutro poniedziałek i trzeba rano wstać na robotę.
Kiedy na wschodzie zaczęło świtać, stróże którzy tam blizko nocowali przy koniach, słysząc, że jeszcze muzyka w lesie nieprzerywa się, postanowili iść na głos dudy i zobaczyć co się tam dzieje; wchodzą do jodłowej ciemnéj gęstwiny i widzą na spruchniałej kłodzie siedzi Achrem, gra na dudzie, nie słyszał jak oni przyszli do niego i jeden biorąc go za ramię: »W imie Ojca i Syna, rzekł, co się z tobą zrobiło, dla kogo ty grasz całą noc w tym lesie; ledwo to powiedział, duda mu wypadła z rąk i on zdasię jakby cały odrętwiał, twarz poczerniała i słowa przemówić nie mógł.
Ci wzięli go pod ręce, wyprowadzili z lasu i posadziwszy na konia odwiezli do domu, długo dudarz był chory, i to zdarzenie potym tak opowiedział.
Gdy Avyszedł z karczmy, spiewając powracał do domu, spotkał go na drodze ktoś niby znajomy, z głosu i postawy zupełnie podobny do jego kuma, i tak z nim zaczął rozmowę:
- »Zkąd i gdzie idziesz?
- Byłem w karczmie Praksedy, a teraz powracam do domu.
„Do domu powracać tak wcześnie, czy tobie było tam nie wesoło? A Warka nic już ci nie do gustu, piękna dziewczyna, a ta plamka na ustach więcej ją zdobi niż perła bogatą panię.
- At, kumie bredzisz od rzeczy, rzekł Achrem, jakiś tam panicz wymyślił, że ta plamka piękna, a więc i drudzy powtarzają, a obaczysz co będzie potym, ona się rozszerzy i tak jej popsuje twarz, że nikt potem i spójrzeć nie zechce.
»Aj kumie jaki ty dziwny jesteś, zkądże wiesz, że ona popsuje twarz?
- Powiedziałbym tobie, ale boje się, Michaś łowczy co ją kocha jest szalony człowiek, chciał mig bić za prawdę, i Prakseda jak napadła, to musiałem uciekać z karczmy.
- »Jakąż im powiedziałeś prawdę?
- Nie mów tylko kumie nikomu, powiedziałem że ja djabeł pocałował.
- »Cha, cha, cha! jaki dziwak jesteś.
Tak rozmawiając wchodzą do wsi, w domu kuma palą się ognie i pełno wszędzie gości, wprowadza go do chaty, gdzie mnóstwo młodzieży i dziewcząt pięknie ubranych, w kosach wstążki szerokie rozmaitych kolorow, na sznurówkach świecą się srebrne i złote galony; twarze pełne, rumiane, brwi czarne, oczy ogniste. Achrem zdumiony poglądał na nich. Kum prosi go usiąść na ławie, potraktował wódką, dał na zakąskę blinów, dziewczęta go okrążyły z uśmiechem poglądając mu w oczy, proszą aby jaki wesoły taniec im zagrał, niepodobna odmówić, Achrem z zapałem gra i tupa nogą, krążą się tańcujących koła. Grał całą noc, a jemu zdawało się nie więcej godziny. Lecz gdy stróż wziął go za ramię i powiedział w Imie Ojca i Syna, dom, kum i wszyscy goście znikli w jednym mgnieniu oka, i on postrzegł wtenczas, ze siedział w leésie na gniłéj kłodzie, od natężenia sił nadymając całą noc dudę i od trwogi odrętwiał cały.
Poznał Achrem, że ta sztuka zrobiona jemu z namowy łowczego Michasia, a więc postanowił mścić się, znalazł kogoś, który nie mniej umiał od Praksedy i tego uprosił aby siłą swoich czarów szkodził mu wszędzie na polowaniu, i w samej rzeczy, od tego czasu łowczy o kilka kroków widząc przed sobą zwierzynę zawsze pudłował, a przeto był wyśmiany i łaskę stracił u Panów.
- I czym się nareszcie kończyła ta ich nienawiść wzajemna? rzekł Zawalnia.
- Bardzo zle, Michaś mściwy człowiek, powracając z polowania z pustą torbą, spotkał Achrema, wszczęła się między nimi zwada i on przestrzelił prawą nogę dudarzowi, ze ten łedwo nie umarł z téj rany.
Nie długo po téj zemście, łowczy zachorował, utracił zupełnie siły, jak trup poczerniał cały. We dworze doktor co dzień mu dawał lekarstwa, lecz to nic niepomogło, umarł.- A ludzie sądzą rozmaicie o tym, jedni mówią że miał ciężkie suchoty, inni zaś powiadają jakoby mu coś dano w napoju. Bóg lepiej to rozsądzi na tamtym świecie.
- Jakie niedbalstwo, rzekł stryj, ze panowie nie chcą starać się, aby ich poddani byli bogobojni i żyli w zgodzie jak bracia, odpowiedzą przed Panem Bogiem, jakże możno było dopuścić strzelca i dudarza do wzajemnej nienawiści i do okropnej zemsty.
- Nu Auhinia, mówże daléj co się zdarzyło z Warką.
- Ów panicz o którym mówiłam, co to zajeżdżał do karczmy Praksedy, teraz go nie widzą i nie wiedzą kto i zkąd. Inni zaś co chwalili jej piękność, zachwycali się rodzinną plamką co miała na ustach, zupełnie przestali odwiedzać, z powodu wzajemnej nienawiści dudarza i łowczego. Plamka przez lat kilka tak zrobiła się wielką, że już ją zaczęła szpecić.
Sąsiedzi gadali miedzy sobą: teraz Warka nie wyjdzie za maż, zestarzeje mieszkając przy matce, kto ją wezmie? nie tak piękna jak kiedyś była i zła sława o niej daleko się rozeszła po świecie, i wprzytomności Warki drwiąc z niej powtarzali: »Czekaj panna szlachcica w pysznym pojezdzie przyjedzie do ciebie w swaty. - Dziewczyna słysząc takie uszczypliwe mowy, ciągle była smutna i skrycie zalewała się łzami.
Zimową porą Połocki mieszczanin, Jakub Płaksun, człowiek bogaty (może Pan i zna dom jego drewniany nad samą Połotą, gdzie słup stoi murowany, a na wierzchu statua świętego Jana). Otoż ten jezdził po wsiach i skupował len, zdarzyło się mu być w tych stronach, gdzie żyła Prakseda i kilka dni przemieszkał w karczmie, obaczył Warkę, ta bardzo się jemu podobała. Oświadcza się przed matką i córką, nie odmówiły jemu, bo człowiek młody, ma własny dom, dobrego charakteru i wola jego nikomu nie jest poddaną.
Płaksun odebrawszy przyrzeczenie, pojechał do dworu i Panom objawia swój zamiar, składa naznaczone pieniądze na wykup dziewczyny, zgadzają się chętnie Panowie, a dworscy ludzie poglądając na niego szyderczym okiem, rozmawiali miedzy sobą: »Jak odpowiednie ma nazwisko, po ożenieniu się zapłacze gorzko i będzie wtenczas prawdziwy Płaksun. Dziwny człowiek, żeni się z córką złej kobiety i jeszcze ma rodzimą plamę na ustach, której niczym nie zmyje, a ta ją i teraz tak bardzo szpeci.
W krótkim czasie ta wieść już brzmiała w całej okolice, z podziwieniem opowiadał sąsiad sąsiadowi o tym niespodziewanym wypadku; poszły rozmaite sądy i domysły; ale większa cześć była tego zdania, że Prakseda przez siłę czarów wyniosła swoją córkę na taki stopień szczęścia, pewnie mieszczaninowi podano cokolwiek w napoju, co w nim mogło zapalić tak wielkie przywiązanie ku tej dziewczynie. Niektórzy zazdroszcząc szczęścia Warce najgorzej odzywali się o niej przed narzeczonym, rokując mu największe nieszczęście, lecz ten tyle ją kochał, że niczemu niechciał wierzyć.
Przyjechał Płaksun do Połocka i nie odkładając na czas dalszy spełnienia swego zamiaru, idzie do klasztoru Jezuitów, ksiądz Buda był jego spowiednikiem, tego najwięcej szanował i w każdym ważnym zdarzeniu zasięgał radę.
- A jak się masz Jakubie, rzekł ksiądz, pewnie w interesie handlu wyjeżdżałeś z miasta, że tak długo nie widziałem ciebie.
- W czasie zimowym pracujemy dla wiosny, aby było czym naładować strugi, gdy się oczyści Dzwina z lodów.
- To prawda, rzekł ksiądz Buda; zakupiłeś więc lnu, bo wiem, że ten naczęściej sprowadzasz do Rygi - nie sadzą aby wysoka cena była na ten towar, słyszałem od księdza prokuratora, że w Albrychtowie i w innych naszych majątkach w powiecie Połockim, len wszędzie bardzo dobrze wyrosł.
- Dzięki Bogu, sądzę, ze w tym roku ten towar opłaci się dobrze.- Ale ot! jeszcze księdzu powiem, szukając towaru, znalazłem i żonę, to i drugie kupiłem.
- Winszuję, więc już jesteś żonatym?
- Nie dobrodzieju, tylko jestem zaręczony, ona poddanka i ja wyliczyłem pieniądze na wykupienie jej, bardzo się mi podobała ta dziewczyna, spokojnego i łagodnego charakteru.
- Bardzo winszuję, rzekł ksiądz, spokojny i łagodny charakter jest to wielka zaleta kobiety, a że była poddana, to ni dla niej, ni dla ciebie nie czyni żadnej zniewagi, nie urodzenie wysokie uszlachetnia człowieka, ale zacne i poczciwe życie.
- Muszę przyznać się księdzu, rzekł Płaksun, martwi mię, że ona ma wielu nieprzyjaciół, Bóg wie za co, mówią jakoby jéj matka czarownica i córka także co raz więcéj zaprzyjaźnia się ze złym duchem - Czy można księże wierzyć takim bredniom? ja w karczmie jéj matki Praksedy mieszkałem tydzień cały i nic podobnego niepostrzegłem.
- To jest prawda, rzekł ksiądz, że ludzie grzeszników radzi kamienować nie myśląc o tym co Chrystus powiedział : niech rzuci kamień kto jest bez grzechu. Ale nie można i temu przeczyć, aby nie było czarów na świecie; jednakże kto wzywa Boga niema się czego obawiać, ty i twoja narzeczona przed szlubem modlcie się, odprawcie świętą spowiedź, ja ciebie błogosławię i poruczam Boskiej opiece. Oto masz dwa medaliki Matki Boskiej, poświęcone z nadaniem odpustu, jeden dla ciebie, drugi dla twojej mającej być żony, żyjcie z Bogiem i Bóg was nie opuści.
Płaksun odebrawszy błogosławieństwo od swego spowiednika, kazał uszyć jedwabne suknie dla swojej narzeczonej, nakupował drogich chustek i wstążek, najął miastowych muzyków, zaprosił wielu swoich znajomych i przyjacioł, z bogatemi darami i z licznym towarzystwem przyjeżdża do domu narzeczonej.
Matka, ojciec będąc uwolniony od Panów na dzień wesela i córka, spotkali go z niewypowiedzianą radością. Płaksun ofiarował Warce bogate rzeczy i medalik, którym błogosławił ją ksiądz Buda. Wszystko przyjęła Warka najmilej, bo szczerze oceniła jego przywiązanie.
Na drugi dzień oboje młodzi przed szlubem, wypełnili jak należy wszystkie rady księdza, zaczyna się huczne wesele , przyszło tam kilku gospodarzów sąsiednich wiosek, dworscy ludzie uwolnieni byli od Panów, i inni ciekawi z bliskiej okolicy zebrali się na gody. Wszyscy z zadumieniem poglądali na Warkę, bogato ubrana, twarz jej była piękna i plamka na ustach tak zrobiła się mała, że ledwo ją dostrzedz można bylo.
Zagrała muzyka, młodziesz tańcuje, piją wino za zdrowie nowożeńców, życząc im bogactwa, szczęścia i lat setnych.
Nie przerywała się szumna zabawa do późna, noc była spokojna i na czystym niebie wszystkie świeciły gwiazdy. Około północy słyszą goście silne klaskanie bicza, spojrzeli w okno i widzą zastanawia się przy karczmie kareta, sześć czarnych koni, na kozłach woznica, a za pojazdem lokaje w bogatej liberij, wybiega Płaksun i Prakseda z mężem, wnet w oczach całego zgromadzenia, kareta, konie i lokaje znikły. Zdumieni wchodzą do karczmy, Płaksun z teściem, Prakseda zaś niespokojna, blada była jak trup, i wnet widzi całe zgromadzenie, że w okno pogląda jakieś straszydło, napada na wszystkich gości okropna trwoga, Warka drzy biedna zmieniona i nieprzytomna.
Mąż ją cieszy mówiąc - Bądź spokojna, nad nami Boska opieka; i obracając się do gości prosił, aby oni nie zważając na te dziwy i strachy, bawili się wesoło.
Okropna burza zawyła za ścianą, zadrżała cała budowa. Wicher zerwał dach z karczmy, nie o weselu myślili wtenczas, lecz wszyscy stojąc odmawiali pacierze. Goście z sąsiednich wiosek, jak tylko zaczęło świtać powrócili do domów swoich, a Płaksun z żoną, teścia i z całym swoim orszakiem wyjechał do Połocka.
Zostawiona karczma bez dachu i teraz stoi pusta, Prakseda uwolniona od Panów, żyła przy swojej córce i powiadają, że przemieniła się zupełnie, zrobiła się nabożna, co dzień słuchała mszy świętej, odbywała rekolekcje i wszystkie religijne obowiązki, i tamże w domio Płaksuna skończyła życie.
A oto teraz posłyszałem, że Warka umarła, ach! ją wszyscy lubili w Połocku, była nadzwyczaj cicha, dobrego serca, żaden ubogi nie wychodził z jej domu bez pomocy i pociechy, rodzima plamka którą, miała na ustach zupełnie znikła, i mówią, że tak była piękna jak anioł.
- Ale, panoczek, rzekła kowalowa; gadając i niepostrzegłam, że już bardzo pociemniało, póżną porą muszę powracać do domu.
- Teraz wieczor cichy i jasny, nie masz się czego obawiać, rzekł Zawalnia, a do tego i do domu nie będzie więcej jak jedna wiorsta.
- Mam proźbę, Pan ludziom pomagasz, sądzę, ze i mnie w tym czasie nie odmówisz.
- Bliźnim pomagać jest obowiązkiem człowieka, ale wtenczas tylko kiedy kto może.
- Zbliżają się świeta Bożego Narodzenia, tak się zdarzyło, że teraz nie mamy ani ziarna żyta, bądź Pan łaskaw udzielić choć kilka garcy, przydzie wiosna, będą potrzebne gospodarzom lemiesze i inne rzeczy żelazne, mój maż wypracuje aby zapłacić Panu, lub też w potrzebie odsłuży.
- Najchętniej, twój mąż dobry i staranny człowiek - Panno Małgorzato! każ waspani dać Auhini czećwieryk żyta, garniec krup jęczmiennych i garniec grochu, to wam będzie na kucją.
Kowalowa pokłoniła się stryjowi i poszła z Panną Małgorzatą do spiżarni.

FRANCISZEK ŚLEPY.

Ciemno na podworzu, niebo usiane gwiazdami, drzewa osypane śronem spokojnie stały, tylko mróz niekiedy stukał za ściana. Mój stryj poglądał przez okno jakby czekając kogo, rzekł, obracając się domnie: - Piękna pogoda , zda się, ze dzisiaj nie będziemy mieć gości, przeto Janko przypomnij cokolwiek z swoich uczonych opowiadań, teraz noc długa, możno się wyspać nim ranna zaświeci zorza.
Podano wieczerzę, ja siedząc za stołem już myślałem przebiegając w pamięci rozmaite wypadki starożytnej historij; wybierałem dziwne jakie zdarzenie, któreby mogły trafić do gustu mego stryja.
Po wieczerzy on swoim zwyczajem chodząc po pokoju odmówił wieczorne modlitwy i kładnąc się na łóżko - O jakichże bogach i boginiach, rzekł, będziesz mi teraz opowiadać?
- Opowiem stryjaszkowi o założeniu miasta Rzymu.
- Czy o tym Rzymie w którym żyje nasz święty Ojciec? O! to rzecz piękna i ciekawa być musi.
- O tym samym.
- Mówże więc, będę słuchał z uwaga. Opowiedziałem najprzód, że Rzymianie pochodzą ze krwi
Trojariów, potym zacząłem od Proki króla Albanczyków, o Amuliuszu i Numitorze, o Rei Sylwij, że ona będąc Westalką, miała od bożka wojny Marsa dwoje dzieci bliźniąt: Romulusa i Remusa, jak te bliźnięta położone do koszyka płynęły po rzece Tybrze, i gdy ich zostawiła woda na brzegu, słysząc płacz niemowląt przybiegła wilczyca i karmiła piersiami swemi jak gdyby własnych dzieci.
Stryj mój dziwił się, że wilczyca miała litość i przywiązanie ku dziecióm, i rzekł przerywając opowiadanie - I w dawne czasy musiały być wilkołaki, pewnie ta wilczyca była pierwiéj kobiétą i miała duszę ludzką; bo zkąd by u niej mogło rodzić się. takie uczucie i litość. A! może i cud Bóg miłosierny pokazał dla niewinnych dzieci.
Dalej opowiadałem jak ich znalazł Faustulus, jak oni wyrośli między pasterzami i potym zbudowali Rzym na tym samym miejscu, gdzie ich rzeka zostawiła na brzegu.
W ciągu tego opowiadania, zaszczekały psy i któś kołata do wrót, parobek wbiega i oznajmuje, że przyjechał Franciszek ślepy.
Stryj mój wnet wstał z pościeli, tylko co dobył ognia, wchodzi Franciszek, prawą ręką trzyma się przewodnika, a lewa probuje kijem przed sobą, aby się o co niezawadzić - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, rzekł ślepy przestepując próg? A czy w domu Pan Zawalnia?
- W domu, w domu rzekł stryj. Z wielką radością wita go, zdejmuje sam z niego ciężkie zimowe odzienie, prosi siadać, wraz kazał wyprzęgać konia, dać mu owsa, a człowieka który wiozł ślepego napoić wódką i nakarmić. Wnet posłał do Panny Małgorzaty, aby prędko zgotowała wieczerzę, dla gościa.
- W jakich bywałeś stronach, wszak już więcej półroka jak niewidziałem, znajomi nie raz wspominali ciebie, powtarzając te słowa: »Gdzie się obraca teraz nasz Franciszek, daleko gdzieś zajechał, oby on spotykał dobrych, łaskawych wszędzie ludzi i niedoświadczał biedy w dalekiej podróży!
- Całą Białoruś zwiedziłem i część Inflant, spotykakałem uprzejme przywitania, dumne odpowiedzi, czułe i kamienne serca.
- Inflanty kraj szczęśliwy, ziemia lepiéj rodzi niż u nas, tam powiadają i panowie bogatsi, mają piękne pałace a tytuły po większej części baronów i grafów.
- Ślepy jestem, niewidziałem ich pysznych pałaców, tylko wiem, że tam bogaci panowie nie lubią rozmawiać z biednymi ludzmi, i ubogi przez całe swe życie nieusłyszy ich mowy.
- Ach! jak to ciężko, kiedy człowiek przynaglony bywa prosić wsparcia od tych, którzy nierozumieją, że jest cierpienie na świecie.
- Lecz już ja więcéj niepojadę daleko, rzekł Franciszek, dzięki Bogu mam dobrodziejów i w tych stronach. Oto Pan B. darował mi wyspę w swoim majątku na jeziorze Reblo, tam mam domek, ogród i malenkie gospodarstwo , dla mnie jednego wystarczy, tam i kości odpoczną moje.
- A! wiem to jezioro, byłem kiedyś i na tej wyspie, rzekł Zawalnia, i wtenczas jeszcze widziałem, tam stał domek na wzgórku, około szumiały sosny i fala na jeziorze, a chociaż wszędzie posępny widok, jednak mi się bardzo podobał.
- Chwalą pozycję tego miejsca, lecz to mię nie cieszy ślepego. Szum lasów i wody naprowadzają na mnie jakieś smutne dumania.
Długo jeszcze stryj mój rozmawiał z Franciszkiem ślepym, nareszcie podano wieczerze, przyprowadził go do stołu i siadłszy sam przy nim starał się, aby mu w niczym nie brakło.
Po kolacij kazał wnieść łóżko i postawić w tymże samym pokoju blisko swojej pościeli; potym wziął mig za rękę, przyprowadził do ślepego, opowiadał jemu, że ja kończyłem szkoły u księży Jezuitów, chwalił historje które jemu opowiadałem, tylko, że trudne imiona pogańskich bogów i ich spamiętać nie może. Nakoniec prosił Franciszka aby i on opowiedział cokolwiek z rzeczy słyszanych.
- Nie długa moja powieść będzie, ale ciekawa, rzekł ślepy. O dziwnej kobiecie, która widziano w rozmaitych częściach Białorusi, opowiem tak jak słyszałem od wielu osób, którzy mówili mi, że jakoby ją z blizka widzieli.

POWIEŚĆ SZÓSTA. PŁACZKA.

Ta kobieta pięknéj urody, odzienie jéj białe jak śnieg, na głowie ubior czarny i czarna chustka pokrywa ramiona, twarz chociaż śniada od słońca i wiatrów, ale piękna i przyjemna, oczy pełne uczucia i ciągle pokryte łzami. Ona jawia się najczęściej w domach, gdzie nikt nie mieszka, w pustych kościołach i na ruinach. Widziano ją także pod drzewem lub pośród pola, po zachodzie słońca siada na kamieniu, narzeka tkliwym głosem i zalewa się łzami. Mówią, że zbliżając się ku niej słyszeli te słowa: „Nie mam komu powierzyć tajemnicy/mego serca!"
Jadąc z Połocka, na popasie opowiadał mi karczmarz, że tam niedaleko od drogi za brzozowym gajem stoi domek pusty, przy nim został tylko malenki ogrod wiśniowy. Było lam niegdyś mieszkanie rolnika, którego panowie z całą rodziną posłali gdzieś daleko, zabrawszy do dworu kilka krów i koni, które były jego własnością.
Tam mijał blizko ubogi ślepy, którego prowadził malenki chłopczyk, słysząc w tym domie smutne spiewanie, sądzili, że już jest zamieszkałym, a wiec idą tam prosić jałmużny, wchodzą do chaty, ubogi ślepy zaspiewał pieśń: O Spasicielu nasz Panie - Dóm bez drzwi i okien, nikt tu nie mieszka, rzekł chłopczyk do ślepego, na próżno tylko zwróciliśmy z drogi. Wtem pośród chaty jawia się kobieta ubrana w żałobie i z twarzą smutną, rzekła te słowa: »Moldcie się! Bóg jest wszędzie który was będzie wspierać, rzuciła garść srebrnych pieniędzy do czapki ślepego i wnet znikła.
Ubogi ten chodząc z domu do domu, pokazywał te pieniądze, na których z jednej strony były portrety królow, a na drugiej pogoń.
Blizko drogi, jadąc do Witebska, stoi pusta kaplica. Tam o zachodzie słońca widziano, że ona siedząc na progu płakała i głos jej smutny daleko się odzywał.
Różne sądzenie było miedzy ludem o téj płaczce; na niektórych napadała trwoga, że to zjawisko przepowiedzeniem jest jakiegokolwiek wielkiego nieszczęścia, wojny, morowego powietrza, lub głodu po całym kraju.
Po wsiach ludzie starzy rozmawiali z sobą o téj kobiécie ciągle rokując cokolwiek złego, niektórzy zaś z młodzieży zupełnie inne mieli zdanie; dowodzili, że tam pewnie skarb w ziemi zakopany gdzie się pokazuje ta płaczka i cała okolica potwierdziła to zdanie.
Mieszkał tam na końcu wsi ubogi człowiek, który niegdyś cały świat był zwiedził; powróciwszy do swojej rodziny, żył tylko z jałmużny; ten często im powtarzał te słowa: Bracia, łzy i narzekania tego zjawiska nie złoto i nie srebro wam rokują, kobieta płacze na progu tej świątyni, która od was zapomniana, wy myślicie tylko o bogactwie, a was czeka kieska i nędza.
Pewnego dnia pośmiawszy się z napomnienia starego człowieka, zrobili postanowienie: kiedy wszyscy spać będą, iść tam, roskopać to miejsce i wydobyć pieniądze z ziemi.
Stara kaplica odległa była ode wsi o cztéry wiorsty, kilku więc młodych wieśniaków zabrawszy z sobą potrzebne narzędzia dla wyszukania i wydobycia z ziemi skarbów, spieszyli tam dójść i rospocząć swoją robotę, nim pierwszy zaspiéwa kogut.
Poszli na miejsce, w około posępny widok téj okolicy naprowadzał na nich niespokojnosć i trwogę, blizko szumiały gęste jodłowe lasy, zkąd smutny głos odzywał się. sowy, i księżyc bardzo rzadko pokazywał się z czarnych obłoków; kaplica stała na wzgórku pod cieniem kilku brzoz, jakby monument grobowy.
Pracowali noc całą, wykopali głębokie doły w kilku miejscach, lecz tylko znalezli w ziemi spruchniałe deski i trupie głowy; postrzegli, że był tam kiedyś smętarz, choć niewidzieli powierzchnich znaków, prócz kilku kamieni sterczących z ziemi i mchem porosłych.
Letnią porą noc krótka, już na wschodnim niebie zaczyna świecić ranek; praca bez korzyści, zasypali więc doły i powracają do domu.
Słońce wschodziło, skowronek zaspiewał na polu i mgła już nikła w powietrzu. Widzą przed sobą, niedaleko od drogi przy krzakach leszczyny stoi płaczka obrócona twarzą na wschód, z rąk jej wietrzyk podnosił jasną wstęgę, która w powietrzu jak błyskawica migała. Ledwo jeden z nich powiedział te słowa - Idźmy do niéj śmiało. Widziadło wnet znikło.
Na tym miejscu, gdzie stała płaczka, wisiał na gałęzi ogromny pęcherz ossy; owady wlatując i wylatując z tego gniazda, oświecone promieniem wschodzącego słońca jakby skry złote snuły się w powietrzu.
- Posłuchajcie mojéj rady, rzekł z nich jeden, obwią-żem gniazdo ossy chustką, przyszedłszy do starego dziada i obudziwszy go ze snu, powiemy, ze przy kaplicy z ziemi wykopaliśmy skarb i część dla niego ofiarujem, a gdy wstanie z pościeli, przez okno wrzucim jemu gniazdo ossy. Niech oszaleje stary.
Zgodzili się wszyscy na wypełnienie tego zamiaru, obudzili go ze snu, wrzucili do chaty gniazdo ossy i prędko, śmiejąc się, sami uciekli.
Dziw niesłychany; widzi przed sobą starzec rozsypane po ziemi złoto, i gdy pogląda na to zdumiony: powiadają, jawiła się przed nim kobieta, taż sama, którą widziano płaczącą na progu staréj kaplicy, i rzekła: Bierz cześć tych skarbów, a drugą rozdziel ubogim, Bóg ma w opiece cierpiących mych dzieci; to powiedziawszy wnet znikła.
W Inflantach zaś było takie zdarzenie: w majątku Pana M. sterczą ruiny jakiegoś starożytnego zamku; mówią, że w niepamiętne czasy było tam miasto, gdyż woda niekiedy spadając z gór, rozrywa piaski i wydobywa fundamenta murowanych domów, tam znajdują często szklanne lub metalowe pordzawiałe rzeczy, które niegdyś służyły dla ozdób, cząstki broni, a niekiedy pieniądz miedziany lub srebrny co wieki leżał w ziemi.
Ku tym ruinom, co wieczor, po zachodzie słońca, przychodziła płaczka, wieszała wianki z polnych kwiatów na ruinach lego zamku, i usiadłszy na kamieniu, załamując ręce zalewała się łzami, narzekanie jej nie jeden słysząc zdaleka, smutny powróciwszy do domu opowiadał innym.
Byli tacy, co słysząc lament niepojętéj kobiéty, zdjęci ciekawością, wieczornym zmrokiem przybliżyli się ku niej i z słów które słyszeli mogli cokolwiek zrozumieć, że jakaś nieszczęśliwa matka płacze po dzieciach swoich, lecz gdy pomyślili tylko iść ku niej i zapytać się ktoby była i jaka ją spotkała niedola, już ją więcej tam nie mogli widzieć i głos się nieodzywał do następnego wieczora.
Nie zrozumiał nikt co to znaczy; smutne przepowiednie krążyły po całej okolicy, wszędzie rozmowa tylko o niéj jak o dziwnym komecie, który się zjawia na niebie w postaci ognistej miotły. Chcieli wybadać gdzie mieszka i zkąd przychodzi, lecz próżne były usiłowania, jakby duch jaki zstępowała na ziemie i nikła w powietrzu.
Mówią, że i sam Pan M. nie przeczył tym dziwnym opowiadaniom, bo też i on raz ją spotkał, powracając o późnéj porze do domu i słyszał jak płakała na ruinach zamku, rzecz niepojęta była dla niego; lecz jednak rozważając o tym, powierzył tym ludziom co myśląc Całe życie o korzyściach, chcą aby duch niepojęty im tylko śpiewał o złocie i srebrze, i prowadził do skarbow ukrytych w ziemi. A wiec pozwał do siebie ekonoma i takie dał mu rosporządzenia:
- Zbierz ludzi i jutro rozpocząć robotę na ruinach zamku; muszą być tam w ziemi skarby, bo o tym dziwnym i niepojętym zjawisku inaczéj niemożno tłumaczyć, jak tylko to, że ono nam chce pokazać jakieś korzyści, które nagrodzą czas i pracę.
- Słyszałem słowa téj płaczki, ona ubolewała nad śmiercią jakichś nieszczęśliwych dzieci, a o ziemskich skarbach ani wspomina, to jest tajemnica, która dla nas niepojęta; mi się zdaje, że tu jest przestroga i przepowiednia czegoś.
- Jesteś podobny do puszczyka lub sowy, która ludzi straszy smutną przepowiednią, ja niczemu nie wierzę i niechcę badań o tajemnicach tego zjawiska; dawno miałem ten zamiar aby roskopać ruiny, może się tam znajdują pamiątki starożytności, dla tych nie żal pracować; a jeśli wedle zdania niektórych, że to skarb zjawia się w postaci płaczki, więc i to nie źle, coby tam nie było, jutro chcę mój zamiar wykonać.
- A jeśli ten skarb zaklęty i w mocy złych duchów, to się nieda wziąć i będzie coraz głębiej opadać do ziemi, więc czasu tylko strata, lecz gdy i da się wziąć, więcej narobi biedy, niż czego dobrego, bo ja słyszałem, że gdzieś gdy wydobyli z ziemi zaklęte skarby, kto tylko wziął z tych jeden pieniądz, skurczyła temu jakaś choroba obie ręce.
- Wstyd słuchać, bredzisz jak chłop prosty, mnie żadne pieniądze nie szkodzą.
- A dla czegoż rozumni i bogaci panowie doświadczają nudy i chorob?
- Dość już tego, zbierz jutro ludzi i prowadź na ruiny zamku, ja sam przyjadę i pokażę zkąd zacząć kopać.
Ekonom był z zaściankowej szlachty, gospodarz dobry, lecz wierzył tak jak i lud prosty, ścisnął ramionami i poszedł wypełnić rozkaz pański.
O samym wschodzie słońca, tłum robotników już stał na ruinach i czekał rozporządzenia, gdy przyjechał Pan M. kazał kopać głęboki dół na tym samym miejscu, gdzie zawsze widziano płaczkę siedzącą na kamieniu.
Dół był nie więcéj łokci półtora, znalezli sklepienie murowane, roskopywali wiec całą przestrzeń, aby odkryć ze wszech stron ściany budowy zasypanej ziemią, pracowali tam robotnicy dni kilka, odpoczynek ich był krótki podczas południowych upałów, znalezli nareszcie drzwi żelazne, z jednej i z drugiej strony tego sklepu, były małe okienka, gdzie jeszcze trzymały się mocno żelazne przerdzawiałe kraty.
Kiedy wyłamali drzwi i odkryli to miejsce; gdzie przez kilka wiekow niesięgał promień dzienny, głucho wszędzie jak w grobie - Wchodzą z ogniem, na wszystkich napada trwoga, widzą tam i ówdzie pośród sklepień i przy ścianach w rozmaitych położeniach leżą szkielety, ręce i nogi kościane jeszcze obwijały ciężkie żelazne łańcuhy, odrętwiał lud poglądając na tak okropną scenę.
- Zdjąć kajdany z tych kościotrupów, rzekł Pan M. i przywieźć do mnie, warto zachować te pamiątki wieków przeszłych.
Kajdany odwiezłi do Pana, które on pokazując gościom i swoim sąsiadóm chlubił się, ze takie starożytne rzeczy wydobył z ziemi, chociaż ich forma zupełnie była podobna do teraźniejszych.
Kości nieboszczykow lud zebrał, wszystkie na blizkim smętarzu pogrzebli w jednej jamie, sprowadzili księdza i z nabożeństwem na mogile postawili ogromny drewniany krzyż.
Powiadają, że tegoż wieczora jawiła się płaczka w zwyczajnym żałobnym swoim ubiorze, posypała mogiłę kwiatami i klęcząc przed drewnianym krzyżem, odmawiała modlitwy zalewając się łzami, lud ją widział, lecz się nikt nie przybliżył ku niéj, zdaleka poglądając na to, wieczne odpocznienie odmawiali za dusze umarłych.
Przez kilka wieczorów jeszcze płaczka modliła się posypując kwiatami mogiłę, lecz teraz już ją niewidzą.
Nad brzegiem Połoly, pięć wiorst od miasta, gdzie la rzeka minęła bory i zbliża się ku Dzwinie przez obszerne pola, jawiła się taż sama płaczka; widziano ją na wzgórku także o zachodzie słońca, siadała na kamieniu, który tam leżał pokryty cieniem kilku brzóz rozłożystych, widzieli ja wieśniacy idąc do domów po dziennej pracy, i podróżni powracając z miasta wieczorną porą.
Rozniosła się wieść o tym dziwnym zjawisku, lud tak jak i wszędzie, różne dawał o tym zdarzeniu sady, lecz większa część była tej myśli, ze tam lezą skarby zakopane w ziemi.
W Połocku mówili niektórzy, ze okolice tego miasta i w dawne czasy ciągle były teatrem wojny, została tradycja, jakoby część jakiegoś wojska po przegranej, bojąc się aby ich bogactwa nie dostały się w ręce nieprzyjacioł, złoto i srebro które mieli przy sobie, na tym wzgórku zakopali do ziemi, na wierzchu położyli dziki kamień, któryby ukazywał to miejsce, jeśli z nich ktokolwiek powróci, aby odszukać tam schowane skarby, lecz wieki przeszły, ten kamień leżał na tymże miejscu, a pod nim skarby nic tknięte. Słysząc takie rozmowy kilku młodych ludzi mieszkających w Połocku, umówili się z sobą iść w nocy na ten wzgórek, wydobyć skarby i podzielić na równe części, a więc zabrawszy potrzebne narzędzia, gdy wszyscy spali, wyszli za miasto.
Noc była pogodna, niebo usiane gwiazdami i pełny księżyc świecił w górze, szli spokojnie i ostrożnie, aby kto ich niespotkał na drodze, minęli kościołek świętego Ksawerego, gdzie spoczywają prochy zakonników i obywateli tych stron, słysząc głos odzywających się stróżów w Spasie, zwrócili z drogi i szli ciągle brzegiem rzeki aż do naznaczonego miejsca.
Przyszli na wzgórek, znalezli kamień dziki, połowa jego była w ziemi, a wierzchnią cześć suchy pokrywa mech, okopali go wkoło i wspólnemi siłami zdjęli z tego miejsca, żelazny rapir wbili głęboko do ziemi; len ostrym końcem stukał jak gdyby się opierał na jakiejś metalowéj blasie. Tu skarb niezawodnie - i zaczęli roskopywac ziemie.
Pracowali długo, próbowali często rapirem skarb nie był głęboko, lecz ziemia osypując się ze wszech stron kilka razy im napełniała jamę, stali zdumieni czas niejaki, im się zdawało, że skarb zaklęty zasypując się piaskiem nie chce oddać się w ich ręce.
Gdy się naradzali z sobą co mają począć, od wschodu powstające czarne chmury zaćmiły całe niebo i księżyc skrył się w gęstych obłokach, zrobiło się tak ciemno, że oni jeden drugiego ledwo mogli widzieć i cichy padał deszczyk.
- Lepiéj pójdzie robota gdy się odwilży cokolwiek piasek, rzekł jeden z nich; a więc nie traćmy na próżno czasu, I zachęcając siebie nawzajem wspólnémi siłami zaczęli kopać ziemię, dół wyryli długi i szeroki, który już nie łatwo może się zasypać.
Slizgają się łopaty po metalowéj blasie.- Kocioł, kocioł z pieniędzmi! zawołali wszyscy z wielką radością, lecz gdy okopali w koło i chcieli podjąć z ziemi, postrzegli, że to był ciężki żelazny pancerz; pokrywał pierś kościotrupa, u którego leżał miecz przy boku i na kościanej głowie żelazny szyszak. Stoją zdumieni wszyscy, widząc jak dziwnym sposobem ich omyliła nadzieja.
W tym jeden śmielszy rzecze: Zostawmy ten szkielet, a zbroję wezmiem do siebie, niech będzie choć to pamiątką naszéj całonocnej pracy.
Gdy tylko chcieli spełnić tę radę, wnet błyskawica oświeciła wzgórek i widzą: stoi ogromny olbrzym w żelaznej zbroi trzymając miecz jasny nad ich głowami, trwoga przenikła serca, grom potrząsł ziemię, i olbrzym temi się słowy odezwał:
- Nikczemni! złotu i srebru przedaliście całe uczucie wasze; w bogactwie tylko pokładając nadzieje, nie uczciliście prochy bohatéra, który chwalebnie tu skończył życie. Zaświeci ranek zmartwychwstania i będziecie pohańbieni w obliczu świata! Zahuczał grzmot w obłokach, i olbrzym znikł przed ich oczyma.
Trwoga potrzęsła w nich wszystkie nerwy, długo stali niemi jak nocne mary; przy świetle błyskawicy znów widzą przed sobą dół piaskiem zasypany i zdasię, że na tym miejscu ziemia nietkniętą była.
Zapomnieli na pagórku rapir i łopaty swoje; zapomnieli która droga prowadzi do miasta; biegli przez zasiane pola i łąki i im się, zdawało, że ten olbrzym z mieczem w ręku ciągle biegł z tyłu za nimi.
O wschodzie słońca powrócili do miasta, osłabieni na siłach, twarze blade, wszyscy jakby znękani byli ciężką chorobą, z trwogą wspominając to zdarzenie; opowiadali innym, lecz nie wszyscy powierzyli.
Po tym wypadku widywano tę płaczkę po rozmaitych miejscach w okolicy miasta, na smętarzu, pośród którego stoi kościoł murowany Ś. Ksawerego. Tam ona chodziła od jednéj mogiły do drugiéj łamiąc ręce, niekiedy stała nad grobem niema jakby posag marmurowy, nie jeden w nocy mijając drogą te miejsca, przelękniony, uciekał jak gdyby od upiora i opowiadał innym dziwy.
Widziano ją przy kościołku Ś. Kazimierza, siedziała przed drzwiami tej świątyni od zachodu aż do wschodu słońca, płakała nie raz w polu, siedząc na kamieniu lub nad brzegiem Dźwiny; lecz płacz jéj i narzekania nie wielu dotknęły serca, nie wiele było takich co wniósłszy oczy ku niebu wzywali miłosierdzia Boskiego; jedni nie zwrócili uwagi, inni marzyli o skarbach.
- Wedle mego zdania, rzekł Zawalnia, to jest przestroga dla ludzi, aby poprawili swoje obyczaje, lecz biada, że ludzie teraz lak rozumni, że już każda rzecz dla nich pojęta, cudóm żadnym niewierzą, skarby im potrzebne, aby nie pracując mieć wszystko co tylko przydzie im na myśl. Oni za złoto przedadzą to wszystko, co nasi ojcowie cenili niegdyś drożej niż życie.
- Wszakże nienaganna rzecz rzekłem i skarbów szukać, człowiek bogaty wiele może dobrego robić.
- Może człowiek bogaty więcéj dobrze robić, to prawda, rzekł stryj; lecz niechże pierwéj wyuczy się poznawać i kochać to, co jest dobrem, a wtenczas Bóg go zrobi godnym szafarzem ziemskich skarbów, jak tego starego człowieka, któremu w okno rzucili gniazdo ossy i to przemieniło się w oczach jego w złole pieniądze. Ludzie pędzą się za bogactwem nie dla tego, aby dobrze bliźnim robić, lecz aby nic nie robić, lub co gorzéj - szkodzić - Coż tedy daléj?
Kiedy nasi niektórzy panowie bogaci i uczeni odprawują podróż w drogich pojazdach, lub też na polowaniu z gończymi psami zwiedzają góry i pustynie zarosłe gęstym lasem, ta płaczka spotyka ich często jakby sierota, w ubogim wiejskim ubiorze, w milczeniu obraca ku nim błękitne, łzami zalane oczy, jak gdyby żebrząc ich litości, lecz z tych panów nikt na nią niezwraca uwagi.
Blizko jeziora Reblo gdzie teraz na wyspie mój domek stoi, jeśli Panu Zawalni wiadome tamte strony, to pewnie Avidziałeś Poczanowską górę, ona lam przewyższa wszystkie inne góry; boki porosłe lasem, a na samym szczycie jest równa i gładka przestrzeń.
O tej górze między ludem rozmaite krążą opowiadania; mówią, że tam kiedyś był klasztor i kościół, a chociaż powierzchownych nie widać znakow , mówią jakoby słyszano spiewy i głos dzwonów pod ziemią.
Inni opowiadają, że na samym szczycie téj góry, płaczka nocną porą w żałobnym swoim ubiorze padłszy na kolana, ręce i oczy podnosząc ku gwiazdóm, modliła się ze łzami, przed nią odkryło się niebo, światło jaśniejsze słońca rozlało się w górze, tak, że w lasach i na polu obudzily się wszystkie ptaki i zwierzęta, i z łez tej kobiety uformowało się zrzódło nieśmiertelnej wody.
Od tego czasu.' kto pierwszy raz zwiedza szczyt góry Poczanowskiéj, ten który nic wprzódy nie słyszał o tym cudzie, spotka zrzódło jasnéj wody i smutną sierotę. blizko tam stojąca w wiejskim ubiorze: kto się napije z tego zrzódła i pozna sierotę, ten będzie prorokiem, wszystkie tajemnicy obaczy z wierzchołka góry.
Wstępując ludzie na górę, byli tacy co widzieli zrzódło i smutną sierotę; pogardzili zrzódłem i wiejską dziewczyną , posłyszawszy potém od innych o tych dziwach wstąpili drugi raz na górę; lecz już nie spotkali nikogo i miejsca nieznaleźli gdzie było to zrzódło.
- Nie już - to taż sama płaczka jawia się w postaci wiejskiéj sieroty, którą widziano w okolicach Połocka i w innych stronach Białorusi?
- Pewnie ta sama, rzekł ślepy Franciszek, lecz ludzie zajęci pychą i korzyścią, chociaż ona po całym kraju jawia się w postaci płaczki i wiejskiej sieroty, nikt ją nie zrozumiał.
- A ty Janko jesteś człowiek uczony, czy rozumiesz ktoby ta była płaczka?
- Cuda możno rozumieć sercem, a nic nauką.
Gdy rozmawialiśmy jeszcze czas niejakiś o téj płaczce, kogut zaspiewał.
Po północy już, rzekł Franciszek ślepy; pozwol Panie Zawalnia podróżnemu odpocząć.
Bardzo dziękuję, rzekł stryj, piekna powieść. Zgasił ogień i ja oddaliłem się do swego pokoiku, marzyłem o tej płaczce, aż nim drugi raz kogut zaspiewał.